|
Dziwny to kraj, w którym obowiązującą doktryną jest populizm. Odrzućmy go i zajrzyjmy w głąb naszej polityki.
niedziela, 07 lutego 2010
Donald Tusk kilka dni temu stanął przed tzw. Komisja hazardową. Od przesłuchania Mirosława Drzewieckiego i ogłoszenia przez Tuska zamiaru nie kandydowania w tegorocznych wyborach prezydenckich, nie mówiło się o niczym innym, jak o kolejnym objawie polityki przykrywkowej. Tymczasem – nic. Wielkie zaskoczenie, bo Platforma nie przygotowała nic, aby odciągnąć oczy i uczy opinii publicznej od Tuska i jego przesłuchania. Dlaczego? Bo za coś to społeczeństwo musi kochać PO i Tuska. Skoro ta partia składa się tylko i wyłącznie z samych nierobów, a ich polityka jest antyspołeczna, to trzeba tylko i wyłącznie wizerunkiem poprawiać. No i dzięki braku tematu zastępczego, społeczeństwo mogło się przekonać, że Donald Tusk jest premier i przewodniczącym partii głęboko zatroskanym o dobro kraju i bardzo mocno zależy mu wyjaśnieniu sprawy. Pan premier już kilkanaście dni wcześniej oświadczył, że może zarezerwować cały dzień na przesłuchanie, co zresztą powtarzał kilkukrotnie, również podczas samego przesłuchania. Wszystko po to, by wyborcy nie mogli mu nic zarzucić – nawet tego, że nie powiedział niczego interesującego, bo przecież poświęcił aż 13 godzin ze swojego napiętego kalendarza.
sobota, 30 stycznia 2010
Dlaczego Donald Tusk ogłosił swoją decyzję kilka dni temu? Bo na komisji śledczej pojawił się Mirosław Drzewiecki i mówienie o jego zeznaniach mogłoby się niekorzystnie odbić na PO. Dlaczego taka decyzja? Bo była inna niż media lansowały. Gdyby ogłosił, że kandyduje, to już następnego dnia przeszlibyśmy do porządku dziennego, a tak to media lamentują, bo przecież jedyny nadający się zrezygnował. Dzięki temu od tych paru dni w ogóle nie mówimy o komisji, za chwilę nawet zapomnimy, że PO ma co tydzień wpadkę i/lub aferę. To jest czysta polityka przykrywkowa. Do polskiego systemu politycznego wprowadził ją Jarosław Kaczyński, ale muszę przyznać, że Tusk przebija go o klasę. Nie jest to jednak powód do dumy; wprost przeciwnie, bo skoro te przykrywki są lepsze, to świadczy tylko o poziomie nieudolności, kumoterstwa i prywaty Platformy. Dlaczego jeszcze taka decyzja? Bo jak się sam Tusk przyznał, jest chory na władzę, a prezydentura nie pozwoli mu jej posiadać. Da deklaracja powinna go w ogóle przekreślać jako polityka. Chory na władzę był i jest Jarosław Kaczyński, Waldemar Pawlak czy Marek Borowski, ale oni przynajmniej się wprost do tego nie przyznawali. Ta deklaracja Tuska stawia go w jednym rzędzie z Andrzejem Lepperem, Romanem Giertychem czy Antonim Macierewiczem; nie ma co - doborowe towarzystwo. A Tusk się bardzo boi porażki i utraty władzy. Zdaje sobie sprawę, że kolejne afery i nieudolności Platformy w końcu odbije się niekorzystnie na sondażach i wyborcy nie będą chcieli mieć tak nieudolnego posła i premiera jako prezydenta. W dodatku pozbawionego, tak jak obecny, ogłady i prezencji. Tymczasem Donald Tusk zostanie jeszcze rok dłużej premierem – łudząc się, że uda mi się tą gehennę dla kraju przedłużyć. A ja już teraz boję się, ile zostanie z tego kraju po czterech latach rządów tego anarchisty, poprzedzonych dwoma latami prób przywrócenia komunizmu.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Od referendum dotyczącego odwołania Kropiwnickiego, prezydenta Łodzi, minął już przeszło tydzień, a ja w dalszym ciągu słyszę różne głosy podsumowujące. Aż dziwne, że odwołanie prezydenta w jednym z miast budzi takie emocje w całym kraju. Nie da się ukryć, że referendum i jego skutki to dla Łodzi dodatkowe koszty. Nie da się również zaprzeczyć, że (skuteczna) próba odwołania na kilka miesięcy przed wyborami to płytka gra polityczna. Jest jednak coś, czego nie da się zanegować. Coś co mnie bardzo cieszy – frekwencja. Okazuje się, że jednak nie mamy tak zblazowanego i leniwego społeczeństwa, jak nam się wydaje. Jednak potrafią się zmobilizować i pozbyć się politycznego szkodnika. Niech sobie wynik referendum każdy sam ocenia, ale nie może zaprzeczyć, że społeczeństwo wykazało się chęcią i odpowiedzialnością. Może jednak nadejdą jeszcze dobre czasy dla demokracji.
sobota, 16 stycznia 2010
Sam rzuciłem hasło o cechach przyszłego prezydenta. I nagle się okazało, że to sprawa trudna, bo sam nazywam się czasem „sierotą po Cimoszewiczu”, a w przyszłej kampanii wyborczej, która oficjalnie wystartuje w czerwcu, mam już faworytów oraz grupę już definitywnie skreślonych. Dlatego właśnie tak ciężko mówić o cechach prezydenta, nie wskazując jednoznacznie na osoby – na to przyjdzie jeszcze czas. Pamiętam prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego. Przeżywam, jak wszyscy, prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Jak przez mgłę pamiętam prezydenturę Lecha Wałęsy (więcej znam z materiałów, bo jak Wałęsa opuszczał pałac prezydencki miałem prawie 8 lat). Nie pamiętam prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego. Znam również pomysły na nowe ustawienie prezydenta w polskim prawie największych (poselsko) partii: PO chce zrobić z niego tylko władzę honorową, Pis – dać mu władzę wykraczającą poza demokrację. Do zmian ustrojowych jednak szybko nie dojdzie, najbliższa prezydentura będzie działać na tych samych zasadach, co obecna i poprzednia. Więc i cechy prezydenta możemy wybierać w kontekście nam znanym. W kontekście, o którym mówi się, że najlepiej poradził sobie Kwaśniewski w czasie rządów Jerzego Buzka, a najgorzej – Kaczyński i to niezależnie od tego, kto był premierem. W tego rocznych wyborach, na liście wyborczej, będę szukał kandydata, który wprowadzi spokój wewnętrzny i zewnętrzny. Ten pierwszy jest trudniejszy, bo wyborców innego kandydata nic nie przekona, nawet jakby żyło im się coraz lepiej, to i tak będę mówić, że ich kandydat zrobiłby to wszystko lepiej – nawet, jakby byłby to legendarny Kononowicz. Spokój wewnętrzny należy rozumieć jako brak walki z premierem, a tylko merytoryczna współpraca. Krytyka też – ale również merytoryczna, a nie szukanie haków, blokowanie ze względu na własne widzimisię bądź prywatne lub półprywatne interesy oraz walka dzieci w piaskownicy. Zdecydowanie łatwiej jeśli chodzi o spokój zewnętrzny. Choć to premier i minister spraw zagranicznych prowadzą politykę zagraniczną, to prezydent też może mieć tutaj dużo do powiedzenia. Na drodze współpracy wszystkich wymienionych, da się dużo zrobić. A i sam dużo prezydent zdziała – wystarczy, że przestanie prowokować i obrażać innych przywódców oraz jednoznacznie wspierać małych autokratów, którzy chcą się rzucić na dużego, śpiącego niedźwiedzia.
Ten tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Bodaj wszystkie religie istniejące na świecie i te już nie istniejące, obchodzą na swój sposób i pod swoją nazwą Boże Narodzenie. Dlaczego? Bo wszyscy się cieszą, jak dzień wygrywa z nocą. I tylko świętujący wg innego kalendarza, jak prawosławni, dokonują wypaczenia sensu tego święta – bo jaki sens mają święta po dwóch tygodniach od zaistniałego faktu? Święto Światła, czy jakkolwiek inaczej nazywające się to święto, było – jest – i będzie z człowiekiem. Teraz nie przykładamy to tego takiej wagi, bo mamy nowoczesną technikę, ale spróbujmy wyobrazić sobie, jak żyli ludzie w zamierzchłych czasach – zdani na pogodę i przyrodę, jaka była ich radość, gdy dnia zaczynało przybywać, słońce było coraz wyżej, a wschody i zachody przesuwały się na północ. Czy Boże Narodzenie się od tego odcina? Wprost przeciwnie! Proponuję zapiski z Biblii położyć na warsztat naukowy – opis narodzenia Jezusa, zwłaszcza przyroda, zachowanie zwierząt (i ludzi z nimi związane), no i gwiazda: nic nie pasuje do tej pory roku. Kościół po prostu sam chciał mieć coś, co da się wpisać w przesilenie zimowe. (Całe chrześcijaństwo się zresztą opiera na wierzeniach i obrządkach z innych, starszych religii). I nawet ateiści mają podstawy, aby świętować – bo kogo nie cieszy, jak dzień staje się coraz dłuższy. Dzień wygrał z nocą, życie ze śmiercią. A nasze domowe świętowanie? Czy zastanowiliście się, ile czasu poświęciliście tak naprawdę Bogu? Kolacja, słodkości, alkohol, prezenty, rodzina, telewizja – kolejność przypadkowa, ale na religię już tu miejsca nie ma. No niektórzy jeszcze na pasterkę pójdą, ale to tylko dlatego, że tradycja nakazuje. Szkoda, że tylko taką tradycję pamiętają i obchodzą.
Ten tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
wtorek, 22 grudnia 2009
Czy pójdziemy wcześniej na emeryturę? Tak jasne – pod warunkiem, że ktoś zarabia 10 tys zł miesięcznie, albo chce żyć bardzo skromnie lub wręcz biednie. Propozycja pani minister jest całkowicie irracjonalna – teraz słyszymy o niskich emeryturach, a jeśli nałożymy na to pomysł o przechodzeniu na emeryturę po uzbieraniu określonej puli pieniędzy, to będą ona jeszcze niższa, bo trzeba będzie te pieniądze podzielić do wypłacania na kilka lat więcej niż obecnie. Na drugim biegunie tego jest dla odmiany wydłużenie wieku emerytalnego, bo odpowiednio skonstruowane przepisy mogą uniemożliwić zakończenie pracy bez uzbierania ten sumy. Pomysł minister Fedak ucieszyć może tylko szarą strefę i część najlepiej zarabiających. Jedni i drudzy sami sobie uzbierają taką sumę, że będą mogli już potem (oficjalnie) nic nie robić. Przestańmy majstrować przy Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zależnie od naszego widzimisię, tylko zdecydujmy się na jedną z dwóch dróg: libertyńską, gdzie społeczeństwa samo o siebie będzie się troszczyć, albo socjalną, gdzie państwo będzie przekazywało pieniądze nie na zachcianki ZUS-u, ale na FUS, solidnie dokładając do rent i emerytur.
Tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
niedziela, 13 grudnia 2009
Jak wyglądałby świat, a zwłaszcza Polska, gdyby nie stan wojenny? Nie wiadomo, możemy tylko przypuszczać. A za drogowskazy mogą nam posłużyć dokumenty, które znamy od dawna na ten temat, a nie te, które nagle IPN znajduje gdzieś w swoich zakamarkach (ciekawe jak działa ta ich drukarnia i ile nas kosztowała). I dowiadujemy się z nich, że na zachodzie i południu stały wojska gotowe do wkroczenia na terytorium Polski, ale Moskwa, zaangażowana w wojnę w Afganistanie, wolała zostawić tą sprawę do wewnętrznego załatwienia Warszawie. Inna postawa ZSRR albo niezdolność Polski do własnego działania, zakończyłaby się tak samo, jak interwencja Układu Warszawskiego na Węgrzech i w Czechosłowacji. Tymczasem działania władz polskich uchroniły nasz kraj przed tymi skutkami i ocaliły życie wielu. Choć bądźmy szczerzy – nikt o nich nie myślał, celem było tylko i wyłącznie ocalenie samych siebie, bo taki bunt w i tak krnąbrnym elemencie Drugiego Świata, kosztowałby ich dużo, wielu zapłaciłoby życiem, a tylko ci szeregowi – utratą przywilejów. Tymczasem niektórzy próbują udowodnić, że Polsce nic nie groziło, a stan wojenny to tylko i wyłącznie akcja nastawiona na zniszczenie Solidarności. Teza słaba, bo jak wiadomo „S” przeżyło, a władze PRL jakby chciałby, to naprawdę zlikwidowałyby jednostkę, która miała zdolności do wewnętrznego zniszczenia kraju (które to zdolności po 1989 zostały niestety potwierdzone). W dodatku na liście ofiar stanu wojennego (dzisiaj obchodzimy nawet święto ku ich pamięci, ustanowione w 2005 roku) są tylko pojedyncze nazwiska związane z „Solidarnością”, a gdyby celem była eliminacja Związku, to tych byłoby ich tam bardzo dużo. Jest tylko jeden powód, dla którego PiS i inne środowisko pseudoprawicy tak tępią stan wojenny i ich przywódcą – celem Jarosława Kaczyńskiego jest dyktatura i ustrój totalitarny, a bez zanegowania przeszłości społeczeństwo nie da mu na to przyzwolenia (choć i tak ma łatwo, bo naród nie jest skłonny do protestów w słusznej sprawie). Dlatego również w latach 2005-2007 mieliśmy taką „zabawę” historią i próbę jej zmieniania lub wymazywania. Łatwiej byłoby mu wymazać z pamięci okres zdecydowanie gorszy dla Polski, mają na koncie zdecydowanie więcej zła i ofiar – okres rządów Piłsudskiego i jego zwolenników. Jeśli coś było nastawione przeciwko Polsce i Polakom to właśnie sanacja, a nie PRL-owksi stan wojenny.
Tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
niedziela, 06 grudnia 2009
„Pokojowa Nagroda Nobla zobowiązuje” – takie komentarze dało się słyszeć po niedawnej deklaracji Baracka Obamy, że nie podpisze konwencji o niestosowaniu min przeciwpiechotnych. Wiadomo – silne lobby zbrojeniowej, prywatne armie i „operaje pokojowe” spędzają sen z oczu prezydentowi USA. Teraz poprawił jeszcze swój wojenny image deklaracją potrzeby zwiększenia kontyngentu wojskowego w Afganistanie oraz szukaniem wsparcia wśród sojuszników. I znowu wiadomo dlaczego – Talibowie uzbrojeni po uszy w broń (często z napisem „made in USA” i trochę rzadziej „made in China”) wcale nie mają zamiaru ani odrobinę się cofnąć, a tym bardziej poddawać się. Pozostałe grupy tubylcze też mają już dość bush’owych gości. Wiadomo też, dlaczego Waszyngton ani myśli szybko wycofywać się z Afganistanu. Mimo ciągłych niepowodzeń w Białym Domu łudza się, że przyjdzie kiedyś sukces i będą mogli ustanowić w Afganistanie swoją strefę wpływów oraz bazę wypadową dla amerykańskiej polityki i interesów. A wszędzie przecież blisko – Chiny, Indie, Bliski Wschód, Rosja. Tyle, że nikt się tam Ameryki nie boi, ani nie jest podatny na ich obietnice i groźby. Nie wiadomo tylko, dlaczego tak łatwo w to wszystko daje się wciągnąć Polska. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk wraz z przybocznymi i zastępami oddanych krzyczeli, że udział w amerykańskim kampaniach w Iraku i Afganistanie jest co najmniej niestosowne. Krzyczeli tak długo, aż sami nie objęli rządów – wtedy nagle się wszystko odmieniało. Tusk co prawda wycofał polskie wojsko z Iraku, ale nie jest to zasługa jego troski i odpowiedzialności, a tylko i wyłącznie zaspokojenie, w celach sondażowych, oczekiwań społecznych. I to też nie ma w tym nic głębszego, niż głosy doradców, że trzeba spełnić choć jakiś postulat wyborczy. I tylko minister finansów ma wielkie pretensje to Tuska, bo Stany Zjednoczone sporo płaciły za udział polskich żołnierzy w operacji irackiej. Za operację afgańską NATO nie płaci, trzeba za wszystko wykładać własne pieniądze. Tym bardziej dziwi, skąd taki biedny kraj ma pieniądze na to, albo postawmy to pytanie inaczej: ile infrastruktury drogowo-kolejowej można by było zrobić, gdyby nie afgańskie wydatki? Wydatki ponoszone tylko dlatego, że kochamy jednostronnie USA i pchamy się do spełniania ich życzeń.
Tekst powstał w ramach Debaty.
czwartek, 26 listopada 2009
Afera hazardowa i rodząca się afera wyciągowa to mocny cios dla PO. Różne reakcje są na taki wstrząs. Donald Tusk, tak samo jak jego idole z PiS, wybrał drogę tematów zastępczych. I mógł chociaż uprzedzić swoich kolegów z partii o pomyśle zmiany sposobu funkcjonowania najważniejszych władz w Polsce, bo zaskoczył nie tylko dziennikarzy i społeczeństwo, ale nawet własną partię. Prawdę mówiąc to pomysłu z system kanclerskim nie da się potraktować inaczej, niż jako czysty populizm. Nie ma w tym głębszego zastanowienia nad działaniem państwa i budowaniem sprawnego i demokratycznego aparatu rządzenia. Poza chęcią stworzenia sobie prezydentury, w której nie będzie żadnej odpowiedzialność, a obowiązki zostaną ograniczone do ceremonii. Ciężko jest w ogóle rozmawiać o wizji zmiany państwa, o ustanowieniu 4 osoby w państwie jednoznacznie najważniejszą, jeśli ma się przed sobą ten zaskakujący pomysł Tuska. Zresztą pomysł ten już schodzi ze sceny, bo nie spodobał się społeczeństwu. A miało być odwrotnie i mało być tak dobrze dla Tuska – nie ukrywajmy, premier chciał jedynie, żeby wyborcy jeszcze bardziej go pokochali. On w ogóle nie brał pod uwagę państwa jako jednostki administracyjnej oraz stanowisk premiera i prezydenta jako ośrodki władzy.
Obiecuję wrócić do tematu za parę dni trochę bardziej merytorycznie, jak ślad po populizmie Tuska już zupełnie zaniknie.
niedziela, 22 listopada 2009
Sejm i Senat właśnie zakończyły ekspresowe prace nad ustawą dotyczącą hazardu. Prace przeprowadzone w iście hazardowym stylu – obłowić się, póki karta idzie. I tyle, że zamiast gotówki, są głosy wyborców. Zaczęło się, jak wszyscy wiemy, od nieuczciwej, zakulisowej gry lobbystów, którzy wśród podobno uczciwych i prawych posłów PO znaleźli sobie tych najbardziej podatnych na ich naciski. I zaczęła się afera, której można było uniknąć, gdyby Julia Pitera wypełniała swoje obowiązki (choć tak naprawdę nikt nie wie, co ona dokładnie ma robić, bo jak dwa lata temu zapowiedziała, że wytropi nielegalne działania posłów i ministrów PiS-u, to słuch o niej zaginął). Skutkiem afery było wyrzucenie z rządu paru osób i chaotyczna próba Donalda Tuska odcięcia się od tego, bo uznał, że tak chce społeczeństwo. Typowo populistyczne podeście do tematu, jak to zwykle u Tuska. W efekcie tego nikt nie będzie teraz szczęśliwy, poza grupą społeczną pozbawioną celów i podatną na otumanianie. A nie – jeszcze jedni będą szczęśliwi: grupy przestępcze, które teraz będą miały więcej przestrzeni do zagospodarowania dla nielegalnego hazardu. Teraz będą pojawiały się podziemne kasyna – poza kontrolą państwa, a tym samym nie objęte wysokim opodatkowaniem i limitem ludnościowym. Cierpieć będą dla odmiany właściciele legalnych kasyn, właściciele pojedynczych automatów i ich klienci. W dość krótkim czasie przekonamy się o tym, a zwłaszcza przekona się na tym budżet, który straci większość dochodów z hazardu. |
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Autor
2. Kontakt
3. Czytam
4. Inne strony warte odwiedzenia
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||