No i stało się – Polska podpisała ACTA. Na szczęście nie wchodzi ona automatycznie w życie, bo jeszcze musi ją ratyfikować Sejm i podpisać prezydent, ale to formalność, bo PO ma większość. Taką samą formalnością pewnie będzie przyjęcie przez Parlament Europejski. Tak więc wejście w życie jest już tylko kwestią czasu, a nie kwestią dyskusyjną. I nie jest tak, że możemy sobie do dokumentu dopisać jakieś wyłączenia. Minister Boni próbował nas naciągnąć, ale możemy sobie wybrać: czy robił to cynicznie kłamiąc, czy nie posiadał wystarczającej wiedzy? ACTA zostanie przyjęta w całości i będzie straszyć karą za różne zdarzenia, nawet te, o których byśmy nie pomyśleli. W myśl zapisów o ochronie praw autorskich i praw patentowych przestępstwem będzie, np. korzystanie z biblioteki, bo rozpowszechnia jeden egzemplarz książki i jej autor w ten sposób jest pozbawiony dochodu. Przestępstwem będzie też robienie jakichkolwiek przetworów, suszenia ziół itp., bo wystarczy, że ktoś gdzieś opatentował sobie to (a jeśli nie – zróbmy to my i potem oczekujmy sprawiedliwości). Zapomnijmy też o zakupach na targowisku, bo tam nie znajdziemy ani jednego produktu z certyfikatu, wszystko jest „kopią” czegoś. Baa…Polska, a i cała Unia Europejska dokona przestępstwa, gdy na rynek wpuści jakikolwiek produktu stworzony w Chinach i innych tego typu pirackich faktoriach. Brzmi strasznie, śmiesznie lub nierealnie? Mówi się trudno, ale taka będzie rzeczywistość. A wszystko to jest dziełem bardzo niedopracowanego i wieloznacznego aktu prawnego. ACTA z jednej strony bardzo wielu rzeczy nie określa i nie precyzuje, a równocześnie chce za wiele rzeczy karać i wszystko widzieć. Jego założenia bardzo przypominają „Rok 1984”, gdzie urządzenie na ścianie wiedziało więcej, niż trzeba, a rzeczywistość zmienia się, jak stan wojny i sojuszy pomiędzy trzema państwami. Jest na szczęście nadzieja, że to wszystko nie zadziała. Przynajmniej nie w takiej formie, jakiej wymyśliły sobie Waszyngton i Tokio. ACTA nie podpisały, według polskiego rządu na razie, ale zobaczymy – m.in. Niemcy i Holandia. Do tego podpisanie ACTA zbiegło się z wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który w sprawie belgijskiej organizacji ochrony praw autorskich przeciwko dostawcy Internetu orzekł, że ten pierwszy nie może wymagać monitorowania sieci, a nawet – że coś takiego łamię zapisy Karty Praw Podstawowych. Cała teraz nadzieja, że raz jeden rozległa unijna biurokracja okaże się pożyteczna.
Chyba każdy z nas, a na pewno większość, chciałaby, aby w ramach permanentnego rozwoju „globalnej wioski” i Internetu, władze krajowe i samorządowe wychodziły naprzeciw i wykorzystywały nowinki do upraszczania biurokracji, ale również ułatwiali codzienność. O ile już się chyba przyzwyczailiśmy, że polski Internet jest wadliwy i np., nie możemy swobodnie kupować muzyki, a dzięki ACTA przed długie lata ten stan się nie poprawi, to chcielibyśmy, aby chociaż władze wychodziły nam naprzeciw. Cała otoczka ACTA pokazała jednak, jak daleko naszemu rządowi do Internetu. I widzimy to na dwóch przykładach. Po pierwsze – hasło dostępu do oficjalnej strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. To ja mam łatwe hasła dostępu do kilku małoważnych dla mnie serwisów, ale żeby tak słabo zabezpieczyć dostęp do strony jednego z najważniejszych urzędów w Polsce? To świadczy jak bardzo premier i jego ludzie nie rozumieją zagrożeń, jakie niesie wraz z sobą Internet. Zresztą przekonali się oni, jak łatwo utracić taką stronę. Ciekawe czy robili regularnie kopie zapasowe? Patrząc na długość przywracania strony, to pewnie nie i muszą wszystko od początku robić. Ten przykład pokazuje nie tylko niezrozumienie zagrożeń, ale pokazuje również, jak mało całym Internetem władza się przejmuje i jak słabo go rozumie. Drugim przykładem jest lista podmiotów biorących udział w rzekomych konsultacjach w sprawie ACTA. Pomijając fakt, że na liście są same podmioty przychylne PO, należy skupić się na czymś innym – gdzie na tej liście podział się Rzecznik Praw Obywatelskich, Generalny Inspektor Danych Osobowych czy wszelakie instytucje zajmujące się mediami elektronicznymi? Próżno ich szukać. Najbardziej zainteresowani zostali po prostu pominięci. Dlaczego? Czy byli niewygodni? Może za dużo uwag by mieli? A może Donek i koledzy nie zdawali sobie sprawy, że mamy coś takiego jak Urząd Komunikacji Elektronicznej? Obawiam się, że albo nieudali sobie sprawy, albo uznali, że są zbyt merytorycznie przygotowani. Tak czy owak Platforma mocno olała środowisko internetowe, pokazała w ten sposób, że „wszystko bez was”.
Z lekkim niepokojem słuchałem doniesień o wtorkowych atakach na strony internetowe rządu i innych instytucji. Weekendowe ataki miały swój sens, pokazywało jak dużą siłę ma Internet. Poniedziałkowy atak na stronę kancelarii premiera i podanie, jak łatwo można było się na nią zalogować, bo stało się to symbolem odrealnienia władzy od Internetu. To powinno się stać symbolem, jak premierowi Tuskowi i jego podwładnym daleko do nowoczesnego społeczeństwa, a także jak bardzo nie zdają sobie oni sprawy z potęgi Internetu i równocześnie z zagrożeń, jakie mu towarzyszą. O tym jednak, jak się nic nie wydarzy – następnym razem. A dzisiaj o dalszych atakach na strony. Już po weekendowych atakach, które według rzecznika rządu było zwykłą aktywnością internautów, było wiadomo, że Platforma nie wycofa się z chęci podpisania ACTA. Tak na przekór, żeby pokazać, że nie ugnie się przed żadną grupą nacisku. Znaczy się poza jedną – EPP jest za ACTA, więc i PO posłusznie popiera. Ale o tym cicho, bo oficjalnie przecież jest to samodzielna decyzja i troska o polskich artystów (którzy to sami krytykują ACTA, jako próbę wprowadzenia Orwella po pretekstem chronienia ich interesów). Platforma ugięła się tylko pod jedną niebiznesową i niepolityczną grupą nacisku, przed lekarzami, wobec innych kreuje się na twardego gracza. I może by jeszcze Donald Tusk byłby skłonny do jakiś rozmów, gdyby wszystko zakończyło się na tych niegroźnych atakach z niedzieli (nawet jakby były jeszcze kontynuowane). Jednak temu ewidentnie było mało i najpierw podmienili stronę premiera, a potem jeszcze zaczęli podawać hasła dostępu do wielu innych stron. Tym wyraźnie przesadzili i zaszkodzili sprawie. Czasami, a nawet prawie zawsze, więcej można zdziałać precyzją i uciążliwością działań, a nie siłą jednorazowego uderzenia. Zwłaszcza jak ta siła jest źle dobrana. W ten sposób raczej straciliśmy czas, a nasz oponent raczej zamknąć się na jakiekolwiek argumenty i z pełną determinacją podpisze w czwartek ten cenzorski i szpiegowski dokument.
ACTA…hmmm...czy to nie jest zastrzeżona nazwa własna? Bo zaraz będzie, że łamię czyjeś prawa własnościowe. I tak mniej więcej ma to wszystko działać – nie będzie można mieć w żadnej chwili pewności, że na pewno robi się coś legalnego. Nielegalne jest zresztą to, co zrobiły władze Unii i poszczególnych państw. Mimo przegłosowania jakiś czas temu rezolucji o jawności negocjowania i mimo podkreślania, że wszystko jest dostępne zawsze i wszędzie, nagle okazuje się, że negocjacje nad dokumentem były całkowicie tajne. I nawet jak ktoś się przypadkiem dowiedział, że trwają prace nad czymś takim, to odmawiano mu informacji. Również zamaskowana została informacja o przyjęciu tego dokumentu. Wszystko wygląda tak, jakby władza dobrze wiedziała, że robi coś bardzo złego i dlatego wybiera całkowicie konspiracyjną metodę działania. Teraz już wiemy, po co Platforma wymyśliła sobie przepisy, które pozwalają utajnić informację publiczną. Całe to ACTA sprowadza się do tego, aby władza posiadała następne narzędzia pozwalające jej prowadzić permanentną inwigilację i kontrolę obywateli. Totalitaryzm. A jeszcze niedawno wszyscy, na czele z władzami państwowymi i unijnymi, protestowali przeciwko cenzurowaniu Internetu w Chinach, a teraz sami chcą stosować ponowne zabiegi. I to tego jeszcze groźby, że jeśli ataki na strony internetowe nie ustną, to trzeba będzie wprowadzić stan wyjątkowy. Gdyby ACTA miało zrobić coś dobrego dla Internetu i dla artystów oraz twórców, to dokument zostałby poddany szerokim konsultacją, a tu nawet organizacje zainteresowane nie zostały zaproszone. Udział w pracach miały tylko skostniałe organizacje rzekomo dbające o prawa, typu ZAIKS, które uważają, że świat należy dostosować do ich anachronicznych metod działania. To powinno działać odwrotnie – postęp wymaga stworzenia nowych zasad działania. A swoboda wymiany plików w Internecie sprawia, że ktoś zostaje zauważony. Bez niego wielu twórców w ogóle nie przebiłoby się. I mówienie, że Internet okrada ich z dochodów jest błędne – obecnie jak nie zostanie zauważony w sieci, to nikt nie pójdzie do sklepu. Artysta powinien cieszy się, że jego utwór rozszedł się w po sieci, a teledysk na YouTube obejrzały tysiące osób, bo to znaczy, że został zauważony i doceniony, co w krótkim czasie zaowocuje sprzedażą jego dzieł. Choć i ta sprzedaż powinna ulec zmianie, bo płacę za płytę z dodatkiem plastiku, folii, tektury i papieru (a na nim kilka niewyraźnych zdjęć, komputerowo naniesiony autograf i teksty piosenek, czyli wszystko, co jest na stronie internetowej artysty). I wszystko to dla jednego odpalenia płyty, bo potem zgrywam na komputer, przegrywam na odtwarzacz mp3 i słucham w ten sposób. Dlatego wolałbym kupić od razu wersję mp3, ściągniętą bezpośrednio na mój komputer i do tego wiedzieć, że większość dochodu trafi do artysty i studia nagraniowo-produkcyjnego, a nie do pośredników. Jeśli ktoś chce walczyć z piractwem, to nie cofaniem Internetu o 20 lat, gdy surfowanie po sieci było nieopłacalne z powodu kosztów, czy też uznawania za kryminalistów. Jedynym sposobem jest wprowadzanie nowych zasad, które sprawią, że legalna droga nabycia będzie tańsza i wygodniejsza.
Przez ostatnie kilkanaście dni próbowałem żyć bez polityki. Znaczy się bez polityki ogólnopolskiej, bo od spraw lokalnych, zwłaszcza gdy wszystko kręci się wokół referendum, uciec się nie da. Od polityki ogólnopolskiej i szerszej uciec się łatwiej, choć całkowicie też się nie da. Muszę jednak stwierdzić, że może i spokojniej mijają dni, ale tak naprawdę wszystko szybko staje się nudne. Zwłaszcza jak ktoś jest politologiem. Dlatego wracam do obserwowania i komentowania polityki.
Jurek Owsiak już po raz dwudziesty zbierał pieniądze na ratowanie zdrowia i życia dzieci. W tym roku uzbierał już ponad 40 milionów złotych (końcowy wynik, podany zapewne w marcu, może podawać kwotę nawet ok. 50 milionów złotych), a w sumie już prawie pół miliarda złotych. Niektórzy powiedzą, że taki dobry wynik, to zasługa mediów. Dużo w tym racji, ale stosunek głównym mediów do Orkiestry oraz zdecydowanie pozytywny odbiór społeczny do zasługa minionych poświęceń, to pozytywny skutek początkowych działań. Kiedyś Jurek Owsiak musiał wszystko ciągnąć, teraz jego akcja tak wpisała się w polską rzeczywistość, że wiele robi się samo, bo każdy chce pomóc, chce się dorzucić do tego dzieła. I najbardziej mnie dziwi, że ten sukces jest rok w rok możliwy w pierwszych dniach stycznie. Wtedy, gdy badania dowodzą, że Polacy mają pustki w portfelach po świętach i sylwestrze, nagle okazuje się, że jednak jeszcze sporo tam jest. Nikogo nie zniechęca nawet zima, choć czasami nawet jest sroga, a społeczeństwo nie do końca kojarzące się z dobrodusznością. To jest fenomen.
Fenomenem jest też determinacją, jaką mają prawicowe środowiska próbują zwalczać Jurka Owsiaka. Partie, media i pseudokatolicki kościół (pseudo, bo jakby był prawdziwy, to miałby w sercu biblijne nauki i nie najeżdżałbym na WOŚP i samego Owsiaka) wszyscy oni uważają Owsiaka za wcielenie zła. Skoro uważają, że pomaganie jest złe, to ich sprawa, ale niech zostaną z tym przekonaniem w swoim ogródku. Anarchomohery dobrze wiedzą, że WOŚP tylko szkodzi, ale to nie znaczy, że Jarosław Kaczyński musi sprzedawać swoją „prawdę” na prawo i lewo. Podobno na poziomie w tym roku zachował się Tadeusz Rydzyk – media tego biznesmena zignorowały w całości Orkiestrę, zgodnie z zasadą: skoro tego nie lubię, to się tam nie pcham w żaden sposób. Ograniczę się jednak do „podobno”, bo nie zaglądam w medialny świat Rydzyka, a tylko zaglądam na blog Głos Rydzyka. Mi też się coś w tym wszystkim nie podoba – zbieranie pieniędzy przez dzieci. Choć to bardziej zarzut do rodziców i opiekunów tychże nieletnich, niż do samego Owsiaka. Jak widzę dzieciaka biegającego z puszką, to się zawsze o niego boję. Dlatego nigdy im nie daję nic, wolę dać komuś starszemu, najlepiej jak jeszcze wiem, kto to jest lub przekazać pieniądze w inny sposób. Z tego powodu nie będę jednak jechał po Orkiestrze i uznawał Owsiaka za najgorszego.
Lekarz ma szczególną pozycję w społeczeństwie, gdyż ma leczyć jednostkę i równocześnie dbać o stan zdrowia ogółu. To jednak nie czyni z niego osoby szczególnie uprzywilejowanej. Jedynym jego przywilejem powinna być godziwa pensja i pakiet ochronny zabezpieczający przez wypaleniem zawodowym i przemęczeniem. Wobec społeczeństwa mają oni postawę służebną, to oni są dla ludzi, a nie odwrotnie. Tymczasem słuchając o ostatnich protestach lekarzy, mam wrażenie, że przewróciło im się w głowie i jeszcze coś na nich spadło, bo nie tylko uważają się za ważniejszych od innych, to jeszcze chcą wykorzystać zdrowie pacjentów do załatwienia sobie spokoju i braku odpowiedzialności. Na to nie ma zgody, należy to tępić. A lekarze swoje –nie chcą decydować, jaki stopień refundacji należy się za leki. Ale kto to ma robić? Nie ma w Polsce systemu, który pozwala to zrobić komuś innemu, a nawet jakby był, to i tak najpierw musi wyjść od lekarza diagnoza. To przecież lekarz jako jedyny wie na co pacjent choruje i jak go leczyć, a tym samym – określa poziom ulgi. Żaden farmaceuta tego nie zrobi. I żaden pracownik NFZ też nie, tylko zwróci się z powrotem do lekarza, by ten określił wszystko. Gdyby wprowadzono ogólnopolską bazę, to nie byłoby problemu, bo system sam połączyłby wpisaną przez lekarza diagnozę z przepisanymi lekami i określił poziom refundacji, a farmaceucie pozostałoby tylko wydanie odpowiedniego leku za odpowiednią opłatą. Tego jednak nie ma, więc lekarz nie „ucieczki” i musi na podstawie swojej diagnozy określić refundację, a każdy lekarz, który tego nie rozumie i chce załatwiać swoje interesy na zdrowiu pacjenta powinien zostać wzięty nie w kamasze, tylko w mundurek i wrócić do szkoły, aby się czegoś nauczył.
Od czasu zmian kadrowych w rządzie Donalda Tuska, gdy Bartosz Arłukowicz zastąpił Ewę Kopacz, co chwila słychać o problemach z zapewnieniem Polakom opieki zdrowotnej. Większość tych spraw to „zasługa” minister Kopacz, ale minister Arłukowicz piastuje tą funkcję na tyle długo, by już można było mówić również o jego odpowiedzialności za problemy. Zwłaszcza że wolno reaguje, choć mówi, że w tym czasie „negocjował”. Wolność działania, pozorność i obrona nowych przepisów dziwi, bo Arłukowicz nie wziął się z nikąd. W zeszłej kadencji, jako poseł SLD, był członkiem sejmowej komisji zdrowia i mocno krytykował projekt ustawy. Teraz podchodzi do niego dość przyjaźnie, choć powinien wejść do ministerstwa z grubą teczką poprawek. Już mają odpowiedź ci wszyscy, którzy pytali, jak zachowa się Bartosz Arłukowicz wobec poczynań swojej poprzedniczki, którą tak często krytykował (i jej działania). Dziwi też lista refundowanych leków – a dokładnie jej opublikowanie w ostatniej chwili i bardzo wielkie, wręcz drastyczne, zmiany. Premier Donald Tusk podczas swojego pierwszego expose mówił, że w trybie pilnym zajmie się listą leków, a potem co kwartał będzie ją aktualizował. Taka prosta rzecz. I gdyby premier Tusk jej dotrzymał, to dziś nie doszło by do takiego sytuacji, bo wszystkie zmiany zachodziłyby płynnie, a większe zmiany zachodziłyby z wyprzedzeniem, co umożliwiałoby wypracowanie nowych sposobów leczenia. Niestety pierwszy raz lista leków refundowanych stała się przedmiotem zainteresowania dopiero po trzech latach od tamtego expose. Dlatego nawet nie powinienem się dziwić, że teraz zostaliśmy zaskoczenie tak drastycznym „prezentem pod choinkę”. To co ostatni dociera do nas z budynku nr 15 przy ulicy Miodowej nie tylko nie jest optymistyczne, ale źle świadczy o niskim znaczeniu społeczeństwa, ich potrzeb i bezpieczeństwa w polityce rządu, dla którego bardziej się liczy niewydana gotówka i/lub zadowolenie światka gospodarczego. Ta sytuacja nie musi być dodatkowo i niestety jednostkowym przypadkiem. Może to się okazać zmianą polityki rządu, która wynika z „przerwy wyborczej” – najbliższe wybory, jeśli nic się nie wydarzy, dopiero w 2014 roku. Sytuacja ta pozwala nie dbać o zadowolenie wyborców i wysoki poziom słupków poparcia przez dwa lata. W końcu wyborcy nie są pamiętliwi i nawet jeśli poparcie zacznie spadać, to potem krótka i ostra kampania może odbudować pozycję.
Prezydencja ma to do siebie, że jest bardziej doceniana w Brukseli, niż w stolicy państwa, które akurat przewodzi Wspólnocie. Nie inaczej było i z polską prezydencją. U nas doceniali ją ci, którzy rozumieją zasady wspólnotowej polityki. Niestety na bardziej słyszalny był głos takich populistów jak Jacek Kurski czy Jarosław Kaczyński, którzy w swym ignoranckim świecie uważają, że Polska miała obowiązek załatwić sobie różne własne interesy. Tak nie jest, co oczywiste, a własne interesy można załatwiać tylko poprzez ubranie ich w ogólnounijne potrzeby i propozycje nowych działań. Polska oczywiście nie wpisała prywatnych interesów w cele swojej prezydencji. Wpisała za to kwestie wschodnie (Partnerstwo Wschodnie, umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą), które co logiczne powinny być Unii naturalnie utożsamiane z polską strefą działań (albo jak kto woli: Polska powinna być inicjatorem działań wschodnich). Zapisała też inne cele, które ze względu na pogłębiający się kryzys finansowy nie zostały zrealizowane. Inne nie zostały zrealizowane z innych powodów, ale tym nie należy się martwić, bo Serbii i Turcji Unia za szybko jednak nie chce widzieć w swoim gronie. Polsce przyjęcie tych dwóch państw też nie jest na rękę i należy się w ogóle dziwić, że nasz rząd wpisywał w ogóle w swoje cele nadanie statusu kandydata Serbii i przyspieszenie negocjacji z Turcją. Osobiście żałują, że za hasłem „Zielona Prezydencja” nie poszły realne działania na rzecz zwiększenia ochrony środowiska i wykorzystywania zielonej energii. Nie powinienem się jednak dziwić, bo przecież Polska jest bardzo negatywnie nastawiona do ekologii. Ogólnie trzeba jednak powiedzieć, że Prezydencja jest udana. Przednią nie mieliśmy większych oczekiwań. Chyba tylko oczekiwaliśmy, że będąca dotychczas na uboczu wielkiej polityki Polska nie zrobi czegoś głupiego, a te pół roku mienie jak najszybciej. Tymczasem Polskę chwalą za mądre działanie, za podejmowanie inicjatyw, a zwłaszcza za przewodzenie w walce z kryzysem. Warszawa jako jedna z niewielu zrozumiała, że problemy strefy euro dotyczą również inny członków UE (a zwłaszcza takich, jak my, którzy dostaje duże pieniądze ze Wspólnotowej kasy). I w sumie była to udana Prezydencja. Dająca nam lepszą, poważniejszą pozycję w Unii.
Ten tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
Leszek Miller był przewodniczącym SLD, gdy partia była u szczytu popularności i zaufania. Jednak to z jego rządami wiąże się początek upadku Sojuszu. Jako premier skupił się na dokończeniu negocjacji z Unią Europejską, a w zasadzie – wprowadzenia ich w realny wymiar i zakończenia. Odłożył jednak na bok wiele innych ważnych spraw i bieżących problemów.
W tym samym czasie na umiarkowanej i radykalnej prawicy powstały dwie populistyczne partie, które nie tylko wykorzystały rosnące niezadowolenie społeczne, ale jeszcze lepiej rozegrały komisję śledczą powołaną do zbadania afery Rywina.
Wszystko to sprawiło, że SLD zaczęło tracić mocno w sondażach, a kolejne przegrane wybory sprawiły, że partia nie tylko straciła władzę, ale nie stanowi nawet wielkiej siły opozycyjnej.
Teraz Leszek Miller wraca. Najpierw został członkiem SLD, potem posłem z Gdyni (choć nikt nie dawał mu szansy), potem przewodniczącym klubu parlamentarnego, a teraz – ponownie przewodniczącym całej partii.
Wybór Millera na przewodniczącego jest symboliczny.
Największym symbolem upadku SLD jest brak alternatywy dla Leszka Millera. W wyścigu o fotel przewodniczącego wystartowali wraz z nim samorządowiec Marek Balt, Artur Hebda, czyli były wiceprzewodniczący za czasów Wojciecha Olejniczaka oraz znana z antyklerykalnych poglądów, charakterystycznego głosu i budzeniu emocji Joanna Senyszyn. Pojawiały się czasami informacje o możliwości wystartowania innych osób, ale albo były one na poziomie przegranych, albo notowane jeszcze niżej. Gdzie się podziało to wielkie zaplecze intelektualne i kadrowe SLD?
Skoro nie było w kim wybierać, to nie ma co się dziwić, że nowym przewodniczącym został pierwszy szef tej partii. Czy będzie jego ostatnim przewodniczącym? Czy historia SLD będzie opisywana pod hasłem „od Millera do Millera”? Dużo na to wskazuje, bo znowu wracamy do pytania o zaplecze partii. W tej partii nie ma kogo promować, ani kim się otaczać na szczytach władzy. Miller może sięgnąć po sprawdzonych, ale starszych działaczy, jak Longin Pastusiak, może dać większą przestrzeń osobom popularnych, jak Joanna Senyszyn, może też spróbować namówić to powrotu innych, na czele z Włodzimierzem Cimoszewiczem. To wszystko jest jednak rozwiązanie na chwilę obecną, te osoby mogą co najwyżej złagodzić agonię, ale nie daje perspektyw na przyszłość. Brakuje średniego i młodego pokolenia.
To teraz na scenie powinien pojawić się ktoś taki, jak Grzegorz Napieralski, który pod skrzydłami starych wyjadaczy, zyskiwałby doświadczenie i pozycję, a potem sam przejął władzę i poprowadził lewicę w przyszłość.
Niestety Napieralski już był i się mocno spalił, a następnego nie widać. Wygląda na to, że jedyna recepta, to porozumienie lewicowych partii i stworzenie nowej Koalicji, a najlepiej od razu partii.