|
Dziwny to kraj, w którym obowiązującą doktryną jest populizm. Odrzućmy go i zajrzyjmy w głąb naszej polityki.
piątek, 20 listopada 2009
Skąd w ogóle się wzięły krzyże w polskich miejsach użyteczności publicznej? Miejscach, które z definicji są tak swobodnie dostępne dla wszystkich - wyznawców wszystkich religii i nie wierzący. Podobno na fali buntu po PRL-u. Niektórzy próbują dowieść, że to symbol wyzwolenia, ale nie słyszałem od nich ani jednego argumentu, który by próbował choć uchronić przed zawaleniem tą tezę. Zostawmy na chwilę niewierzących i neutralność państwa. Na świecie jest ok 3000 zarejestrowanych religii (w tym odłamów samego chrześcijaństwa jest 267). W Ten konflikt religijny, ten brak tolerancji wynika właśnie z neutralności państwa. Gdyby ona została zachowana, gdyby Konstytucja była przestrzegana, to nie mielibyśmy z tym problemów, bo po prostu żadna religia nie byłaby obecna w życiu publicznym. Kierowalibyśmy się tylko i wyłącznie Konstytucją i uniwersalnymi zasadami, wypracowanymi przez lata współżycia.
środa, 11 listopada 2009
Przez media ostatnio raz na jakiś czas przewija się hasło „parytet dla kobiet w wyborach do Sejmu”. Nie ma jakiegoś szerokiego oddziaływania, ale jednak wraca dość regularnie. Podnosi się przy tym argument, że kobiety są marginalizowane w polityce, a parytet to jedyny sposób na zapewnienie reprezentowania kobiet w parlamencie, tworzenia prawa dobrego dla kobiet i ogólnie dbania o ich interesy. A ja jestem przeciw parytetowi. I tylko zanim zostanę nazwany od razu szowinistą. Przedstawię swoje argumenty. Kobiety stanowią większość w społeczeństwie, zwłaszcza wśród osób posiadających czynne (i bierne) prawo wyborcze, a więc mają narzędzie, by same sobie zapewnić reprezentację w parlamencie. Dlaczego w takim razie nie mają przeświadczenia, że same muszą dbać o swoje interesy? Wolą zagłosować na faceta, którego zdjęcie na plakacie przeszło godzinne obróbki w Photoshopie niż na inną kobietę. A przecież to nie wybory miss, a wybór twórców prawa. Skoro w tej chwili nie ma wewnętrznej potrzeby, to po co jeszcze kobiety zmuszać? Zostawmy każdemu prawo wyboru czy chce kandydować oraz na kogo głosować. Póki co, głownie dzięki PiS-owi i PO, mamy kampanie wyborcze oparte tylko i wyłącznie na populizmie i „kupowaniu ciemnego luda” – zero programu i przemyślanych hasłem, tylko i wyłącznie konkurs na demagogię, więc potrzeby wprowadzania parytetu i dążenia na głosowanie „z głową” nie ma, nie ma wręcz na to miejsca. Dla mnie bez różnicy jest obecność parytetu, bo i tak będę głosował w ten sam sposób: wybranie listy; sprawdzenie, czy znam kogoś osobiście (co ułatwia poznanie programu) i czy jestem gotów na tą osobę zagłosować – jak nie, to sprawdzenie programów (i przeszłości politycznej) innych osób. I na płeć patrzę dopiero na końcu – jak zostanie mi mężczyzna i kobieta, to zagłosują na kobietę, bo zapewnia bardziej spokojną debatę i mniej emocji podczas tworzenia prawa (na ogół). Przypominając sobie dotychczasowe głosowania, to tylko raz zagłosowałem na mężczyznę – i to tylko dlatego, że był moim wykładowcom i miałem jak na talerzu podane jego poglądy, z którymi w dużej mierze się zgadzałem. W skali globalnej jednak – po co przymus wciągania tylu kobiet na listę? Stawiajmy na profesjonalizm i wiedzę, a nie tylko na populistyczne potrzeby. W tej chwili i tak listy, a potem ławy zapewniły by pani pokroju Kempy, Pitery, Szczypińskiej, Hojarskiej, Rokity, Beger, Sobeckiej. A panie z wiedzą i predyspozycjami zaginą gdzieś w tym tłumie, a teraz jednak się przebiją – znajdą swoje miejsce w partii, na liście do głosowania, przekonają wyborców i znajdą swoje miejsce w parlamencie. Nie twórzmy na siłę czegoś, co tylko zdeformuje potrzeby społeczne i uczyni scenę polityczną jeszcze bardziej kabaretową.
czwartek, 05 listopada 2009
Czy denerwował mnie krzyż wiszący w sali lekcyjnej? Odrobinę – gdy stawał się „argumentem ostatecznym” w dyskusji i gdy wisiał na bardziej eksponowanym miejscu niż godło polskie. Tak samo, jak przeszkadza mi, że sala obrady Rady Miasta Starogard Gdański nosi imię Jana Pawła II i parę razy niektórzy radni próbowali blokować dyskusję posługując się argumentem, że „w takiej sali nie wypada”. Śmiech i politowanie, to jedyne co przychodzi do głowy. Tak samo, jak sprawa sprzed bodaj dwóch lat, że w szpitalach imienia Jana Pawła II nie będzie się wykonywało niektórych zabiegów, bo nie wypada. Przykładów, które po przecinku można wymieniać jako zachwianie zasady świeckości państwa można mnożyć. Ktoś powie, że przecież jesteśmy krajem wierzącym, więc nie powinno to nam przeszkadzać. Po pierwsze – nie kraj, tylko ludzie. Po drugie – wg statystyk wychodzi, że tylko jakieś 40 % przyznaje się do kościoła. A po trzecie wygląda to tak. Wróćmy jednak do samego krzyża. O ile jeszcze kwestia krzyży w szkołach jakoś przejdzie – pewnie jest wiele osób, które jak ja nie zwracają uwagi; choć prawdę mówiąc ich istnienie ograniczyłbym tylko do salki katechetycznej, a jej istnienie w szkole – do warunków lokalowych (wolna sala, którą kościół może wydzierżawić) oraz uczniowskiej potrzeby organizowania religii na terenie szkoły – w innych wypadkach po prostu powinna ona zniknąć ze szkół i wrócić do kościoła, na plebanię. Jednak totalnym nieporozumieniem jest wywieszanie krzyży w miejscach kultury, w sądach, urzędach, szpitalach i innych miejscach publicznych, z Sejmem na czele. W tym tempie ich wywieszania, jeszcze trochę a episkopat zażąda by wisiały one na ścianie frontowej meczetów i synagog. Furtkę w murze dały nam Włochy oraz Europejski Trybunał Praw Człowieka. I to od razu dwie. W węższym znaczeniu mamy już prawo do uczenia bez symboli religijnych. We Francji zabroniono przychodzenia w hidżabach, teraz mamy równowagę. I bardzo dobrze, bo jak zabraniamy jednym, to wszystkim innym też – dla prawa przecież wszyscy są równi. Choć teraz to nie przymus, a prawo to jednak zawsze coś. Prawo, bo jeśli zdecydowana większość będzie czuła potrzebę omawiania „Mistrza i Małgorzaty”, albo zgłębiania tajemnic inkwizycji przy krzyżu, to przecież nikt im za to po łapach nie da. W szerszym znaczeniu zyskaliśmy jednak zdecydowanie więcej. W cale się nie dziwię, że Watykan tak głośno i stanowczo protestuje. Kościół powiem został pozbawiony przekonania o monopolu na wiedzę, prawdę i argumenty. Koniec z dogmatem o nieomylności. Wchodzimy na wyższy pułap – wszyscy są równi.
Tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
wtorek, 03 listopada 2009
Jakie jest zapotrzebowanie na idee lewicowe pokazują ostatnie wybory wygrane przez PiS i PO. Obie te partie podczas dwóch ostatnich kampanii wyborczych prześcigały się w ilości wygłaszanych hasłem socjalnych i innych centrolewicowych. I choć z dystansu widać, że był to czysty populizm (choć ja od początku nie uwierzyłem w te puste słowa), to widać również ile osób ich uwierzyło i zawierzyło. Wg czysto naukowych badań elektorat lewicowy to przynajmniej 40% społeczeństwa – widać, że jest o co walczyć i nawet populistyczna Platforma i pseudodemokratyczny PiS pokusiły się o zdobycie tej przestrzeni. I tylko same partie lewicowe nie są wstanie przeprowadzić ekspansji „we własnym ogródku”. Potrafią się tylko zakorzenić i wegetować. A winne są temu same – rozdrobnienie, strach przed zdecydowanymi poglądami, strach przed kościołem, niemożliwość dogadania się we własnym gronie. Upadek lewicy rozpoczął się od Leszka Millera, który mając dość spójną jeszcze wtedy lewicę i bardzo duży kredyt społecznego zaufania, po wyprowadzeniu gospodarki z buzkowej zapaści, skierował swe spojrzenie w stronę neoliberalizmu, a także uciekał od konfrontacji z klerem. Po nim lewicę dobił Marek Borowski i jego przyboczni, którzy zamiast dążyć do zmian, postanowili uciec, zrobić rozłam. Te dwa wewnętrzne ciosy zaszkodziły tej części sceny politycznej na długie lata. I swoje negatywne skutki ukazuje jeszcze teraz: SLD i SDPl nie potrafią ani się dogadać, ani przejąć inicjatywy. A przy ich słabości inni, jak choćby Zieloni2004, nie potrafią się przebić. Jaki jest w takim razie przepis na przyszłość lewicy? Na pewno musi istnieć, scena polityczna złożona z dwóch tzw. prawicowych partii nie może istnieć, bo grozi to patologiami społeczno-gospodarczymi. Wracamy w takim razie do punktu wyjścia: zapotrzebowanie wśród społeczeństwa na lewicę jest spore, więc po prostu wystarczy zmobilizować się i przestać wchodzić w pyskówki, a zacząć pracować na swoje. Najlepiej byłoby zacząć od postawienia na życzenia społeczne (Włodzimierz Cimoszewicz) lub na nowe, choć znane twarze (Jacek Majchrowski). Przy słabości obecnych liderów i ich bezpośrednich otoczeń po prostu inaczej się nie da. Praca u podstaw nie ma szans; tutaj trzeba zastosować metodę elitarną tworzenia partii – choć partia jest, to trzeba znaleźć wisienkę na torcie, a potem dopiero szukać reszty tortu. Inaczej skazani jesteśmy na wiele lat prawicowej demagogii.
Tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
niedziela, 01 listopada 2009
Piłka nożna budzi emocje. I co z tego, że to w siatkówce i piłce ręcznej odnosimy większe sukcesy…ba ze sportów drużynowych nawet w hokeju na trawie notujemy lepsze wyniki, niż w naszym rzekomo narodowym sporcie. Emocje są tak wielkie, że gdy Leo Beenhakker mozolnie pracował, by polska reprezentacja nie awansowała na Mistrzostwa Świata (na poprzednich dwóch imprezach Polska była), to kibice już nie wytrzymali i zaczęli się głośno domagać zmian. Na to wszystko złożyły się poza wynikami reprezentacji, słabość polskich klubów w europejskich pucharach, doniesienia o coraz to nowych osobach zatrzymanych w aferze korupcyjnej i doniesienia o nieprzejrzystości działania związku. Zawieszenie zarządu za czasów ministra Lipca oraz permanentne informacje o nieprawidłowościach, przejadaniu pieniędzy, otaczaniu się ludźmi o podejrzanych interesach robią swoje. Jak dołożymy do tego, że PZPN sprzedał za niewielkie pieniądze prawa do transmisji meczów reprezentacji na 10 lat (nikt tak nie robi), to poziom zniechęcania już jest wysoki. Dołóżmy do tego korupcję: na stan dzisiejszy 310 zatrzymanych (część już skazana) oraz podobno długa lista osób, które się same zgłosiły do wrocławskiej prokuratury (podobno ok. 200 osób, ale prokuratura zachowuje tutaj tajemnicę śledztwa). Były prezes PZPN-u mówi, że to tylko czarne owce, że to tylko wyjątki. Wyjątkiem mógł być unieważniony mecz z sezonu 1992/93 ŁKS Łódź – Olimpia Poznań sędziowanym przez Michała Listkiewicza. Równocześnie unieważniono mecz Wisła Kraków – Legia Warszawa, mimo braku dowodów i przedawnienia, cały czas mówi się o nich, jako o przykładach największego przekrętu . Widać władze Legii i ŁKS-u za bardzo wzięły do siebie fabułę „Piłkarskiego Pokora”. Tutaj mamy dowody na całą piłkarską mafię, o czym świadczy choćby liczba udowodnionych ustawionych spotkań Górnika Polkowice (60 meczów), Arki Gdynia (26) czy Górnika Łęczna (20), a afera związana z ustawianiem spotkań przez Koronę Kielce jest już wręcz osobną, niezależną sprawą. A PZPN co robi? Nic, wydaje większość swoich pieniędzy na pensję dla działaczy i ich podróże. Na szkolenie młodzieży, budowę baz i infrastruktury (nawet wspólnie z klubami i ministerstwem) nie ma już czasu, pieniędzy, ochoty i zdolności kreatywnego myślenia. Związkowi lata zajęło, żeby w ogóle przyjąć do wiadomość, że potrzebny jest system skautingu, aby nie powtórzył się przypadek Podolskiego, Klose, Dąbrowskiego, czy Trochowskiego. Może warto zrobić, jak w Rosji? Tam rząd rozgonił cały piłkarski światek, rozwiązał związek i wszystkie struktury, a potem stworzył wszystko jeszcze raz. M.in. dzięki temu teraz kluby i reprezentacja Rosji są lepsze od Polski, a i sponsorzy się garną, bo mają przed sobą przejrzyste zasady. Grozi nam co prawda zawieszenie, ale najbliższy mecz reprezentacji o coś, to finały Mistrzostw Europy w 2012 (kluby i tak długo jeszcze na swoje będą pracowały), a zrobienie porządku do góra kilka miesięcy. Potrzeba tylko kompetentnego premiera i sprawnego rządu.
Tekst powstał w ramach Debaty. Zapraszam do dyskusji.
niedziela, 25 października 2009
Zniszczone i zacinające się drzwi, ogrzewanie popadające w skrajności – albo nie grzeje, albo robi się sauna, gdy rusza, na chwilę gaśnie światło – tak właśnie wygląda pociąg spółki PKP Przewozy Regionalne, którym przyszło mi w niedzielę wracać z Gdańska do domu. A wysiadam na dworcu, który powstał prawie 130 lat temu, a teraz popada w ruinę, bo PKP nie jest ani zainteresowane remontem, ani przekazaniem budynku miastu. Czemu w takim razie nim jeżdżę? Bo mimo wszystko lubię transport kolejowy, jest wygodniejszy od PKS-ów. I jak tylko mogę, to jadę pociągiem a nie autobusem. To jednak nie oznacza, że nie mogę ponarzekać na jakość, otrzymanej za 6,30 zł, usługi. Tak wiem – zniżki studenckie ratują życie :D, a na drugi koniec Polski można dojechać za niecałe 40 zł. Już po pojawieniu się wstępu do tej dyskusji PKP poinformowało o dużych zmianach, które zostaną wprowadzone jeszcze w tym roku: zostaną zlikwidowane pociągi pospieszne i ekspresowe, a ich miejsca zajmą nowe połączenia Tanich Linii Kolejowych i InterCity – jedno i drugie droższe od likwidowanych, ale PKP mówi, że będzie lepiej i przejrzyściej. Prościej na pewno, bo będzie mniej rodzajów pociągów, ale lepiej wątpię – dostaniemy dwie podwyżki cen przejazdów (druga pewnie będzie na początku roku, jako normalna, cykliczna podwyżka cen biletów), a w zamian jakoś usług nie wrośnie – w IC będziemy się tylko w bardziej komfortowych warunkach spóźniać, a nawet nie wiemy, czy dojedziemy tam, gdzie teraz pośpiechami (choć głównie zamiast pospiesznych będą TLK, które są tanie, jak się rezerwuje bilet z dużym wyprzedzeniem). A teraz wróćmy do sedna tematu. Polskie Koleje Państwowe oficjalnie cały czas są państwowe, ale jak się w to głębiej zanurzyć, to okazuje się, że to bryła przypominająca Zjednoczone Emiraty Arabskie – niby jedno, ale tak naprawdę każdy sam ciągnie linę w swoją stronę. Małe niezależne spółki, które tylko w chwilach dla nich bardzo ważnych i/lub trudnych chowają się pod jeden wspólny parasol, ale tak to występują niezależnie. Spółki PKP nie działają wspólnie, nie dostarczają sobie wzajemnie usług, które są niezbędne do świadczenia usług przewozów, Ne pracują na wspólny zysk, z którego każdy potem pobiera równowartość poniesionych kosztów, a reszta trafia do wspólnej puli i wydawana jest z pożytkiem dla całego PKP i podróżnych. Lepiej rywalizować ze sobą o wszystko i wystawiać sobie rachunki, I tak zamiast, np. modernizacji linii kolejowej Wrocław-Jelenia Góra via Wałbrzych, powoli likwiduje się tam pociągu. Najpierw w oczywiście puszcza się składy zbyt duże, jak na potrzeby i ogłasza się, że połączenie jest nierentowne. PKP powinno zachowywać się, jak zając podczas polowania na wielbłądy, który na wszelki wypadek chowa się. PKP staje na środku i jeszcze samo doczepia sobie garby: „popatrzcie, my zawsze przynosimy straty!”. Tak zostać to nie może! Pora coś z tym zrobić, ale z głową i wyczuciem oraz przygotowaniem i do końca. Nie wiadomo, co może być krokiem w tył, a co dwoma do przodu, ale albo trzeba dążyć do centralizacji PKP i wizji wspólnej pracy, o jakiej była mowa przed chwilą, albo odcinać od państwa te spółki – prywatyzować część, albo wszystko. O ile sprywatyzowanie wszystkiego nie jest dobrym pomysłem, o tyle sprywatyzowanie części spółek, ale nie tych najważniejszych. Można też zamiast prywatyzować – scentralizować, tworząc silnego przewoźnika i dopuścić do rynku, na równych prawach innych. Jeśli nic się nie zmieni, to za parę lat o PKP będziemy mówili, jak o stoczniach – kiedyś coś było, ale teraz zostało wspomnienie i smród. I nawet słabość innych oraz wysokie ceny paliwa nie sprawią, że pasażerowie zostaną z wiecznie brudnymi i powolnymi pociągami.
czwartek, 15 października 2009
CBA powstało któregoś dnia jak wrzód na polskim systemie ścigania. Powstało z inicjatywy PiS-u przy wydatnym udziale PO. I od razu zaczęły się z nią problemy – instytucja ta została praktycznie wyjęta spod nadzoru państwa, stała się prywatnym narzędziem w rękach Jarosława Kaczyńskiego, a szefem CBA stał się jeden z cieni Kaczyńskiego – poseł Mariusz Kamiński. Wywołało to pierwszą falę protestów, bo tak skonstruowana instytucja, z szerokim wachlarzem działań i bez nadzoru, prowadzona przez polityka partii ówcześnie rządzącej i będąca zależna od najbardziej wpływowej osoby w państwie, pozwalała na ręczne sterowanie sceną polityczną i usuwanie niewygodnych przeciwników. Bardziej bezwzględnie niż Donald Tusk po kolei wykańczał ważne osoby w swojej partii. Jak wszyscy wiemy, potwierdziło się to w całości. CBA nie wykrywało przestępstw, tylko samo tak długo chodziło za kimś, aż w końcu dana osoba dała się sprowokować. Ta metoda to tylko dostosowanie do swoich potrzeb zasady wygłoszonej przez Feliksa Dzierżyńskiego: „Nie ma ludzi nie winnych, są tylko źle przesłuchani”. Teraz po kolejnej kompromitacji tych służb, nadarzyła się w końcu okazja, by coś zrobić z CBA, ale paradoksalnie nic nie można, bo każdy ruch jest zły, albo patowy. I nie chodzi mi tutaj o aferę hazardową, a o aferę stoczniową – sprawie, o której CBA wiedziało od wiosny, ale raczyło zadziałać w jakikolwiek sposób dopiero, gdy okazało się, że będzie to jedyny sposób na zablokowanie dymisji Kamińskiego. I tak widać, sposób nieskuteczny. CBA się skompromitowało, bo wiedząc o zagrożeniu, czekało aż Tusk połamie sobie zęby na prywatyzacji stoczni – wyraźne działanie na szkodę państwa „zbrojnego ramienia PiS”. I co teraz zrobić z CBA? Najwygodniej byłoby zlikwidować, bo jest to instytucja droga, leniwa, nieskuteczna (prawie wszystkie afery wykrywa policja i prokuratura) i skierowana na polityczne działanie. Jednak Tusk tego zrobić nie może, bo w ten sposób przyzna się do strachu przed Jarosławem Kaczyńskim. Mógłby to jeszcze zrobić, gdyby Julia Pitera wypełniała swoje obowiązki – miała ścigać korupcję, a nic nie robi; na początku jeszcze przyczepiła się paru wątków związanych z PiS-em, ale okazały się nietrafione i zniechęciła się do dalszej pracy. Gdyby pracowała, to miałaby szansę wyprzedzić CBA w informowaniu opinii publicznej o aferach związanych z politykami PO i rządem Donalda Tuska, byłby to argument pozwalający bez żalu i strachu puścić w niebyt CBA, ale cała sytuacja nie zaistniała. No i ta droga po prostu odpada; nie da się w tej chwili zlikwidować CBA. Można zostawić go bez zmian, ale to dla odmiany niesie wielkie ryzyko i to podwójne. Z jednej strony teraz może stać się prywatnym narzędziem do sterowania sceną polityczną w rękach Donalda Tuska, a może okazać się jeszcze gorsze w skutkach niż podobne działania Jarosława Kaczyńskiego. Istnieje też obawa, że uda się tam przedostać komuś zupełnie obcemu, a wtedy CBA może wymknąć się spod kontroli partii rządzącej – nie wiadomo, jak się to może skończyć. Najlepszym rozwiązaniem byłaby reforma – sprowadzenia CBA na ziemię, powiązanie jej z państwem w taki sam sposób, jak inne służby ścigania i bezpieczeństwa. Ale to też jest trudne, bo wszelkie ustawy spotkają się z wetem prezydenta, a to uda się odrzucić tylko przy udziale SLD, które dla odmiany jest już mocno uczulone na pomysły PO, bo zraziło się pozorowaną chęcią zmiany ustawy medialnej i nieodpowiedzialnym postępowaniem Tuska w tej sprawie. Teraz pięć razy upewnią się, że PO przygotowało dobrą ustawę i naprawdę chce coś zrobić. Wygląda na to, że mamy pata politycznego, który jest zasługą nieprzemyślanych ruchów Tuska i autorytarnych zapędów Kaczyńskiego. Kto rozwiąże ten Węzeł Gordyjski? Ja nie widzę zdolnej do tego siły. Dążymy do kolejnych przedterminowych wyborów i jeszcze większego chaosu.
poniedziałek, 12 października 2009
Nie żyjemy w oderwaniu od świata, żyjemy w dwudziestopierwszo wiecznej globalnej wiosce, gdzie zasady działania są identyczne, niezależnie od miejsca zdarzenia. Świat różni się w tej chwili tylko kulturowo, choć i tak da się zaobserwować dominujące i uniwersalne wzorce (nie zawsze dobre), macdonaldyzacja świata trwa. W przestrzeni politycznej i gospodarczej jest jeszcze więcej tych jednakowych schematów. Dlatego nie dziwmy się, że mamy w Polsce korupcję oraz nielegalne lobbowanie. Nie łudźmy się również, że uda nam się tego pozbyć, bo nawet jeśli uda nam się założyć kaganiec na krajowe lobby, to przyjdzie ktoś z zewnątrz i będzie chciał osiągnąć swój cel. Marzeniem byłoby, gdy prawo powstawało za drzwiami gabinetów, do których wstęp mają tylko politycy, ale głównie naukowcy i inni eksperci w danej dziedzinie. Nie ma szans, politycy uważają, że są wstanie napisać sami najlepsze prawo. Ale możemy przynajmniej dążyć do tego, by nie byli po cichu inspirowani przez bliżej nieznane grupy wpływu i nacisku. Sposoby na to są trzy. Pierwszy z nich, to zmuszenie lobbystów do rejestracji i jawnego występowania w swojej sprawie. Sprawi to równocześnie, że skończą się łapówki, a przekonywanie wejdzie na przestrzeń merytorycznych faktów i interesujących wizji przyszłości. By to zadziałało, potrzeba równocześnie drugiego narzędzia – skutecznych metod wykrywania łamania tego prawa i ostrego karania za nawet najmniejszą próbę załatwienia czegoś po ciuchu. A trzeci jest jeszcze prostszy – to zmiana sposobu myślenia społecznego. Skończmy z przyzwoleniem na łapówki, drobne prezenty (nawet i w podzięce za wykonanie obowiązków) itd. Zacznijmy stosować przejrzyste i jasne zasady, nastawmy lepiej kryteria moralność. Politycy nie żyją pod kloszem, czy w oderwaniu od wszystkiego i wszystkich – sami ich wybraliśmy, sami ich tworzymy, a oni potem dostosowują się zachowaniem do ogółu, zachowują się jak każda jednostka w tłumie. Dlatego właśnie korupcja, mataczenie i załatwianie wszystkiego przy zielonym stoliku, albo i pod nim będą tak długo, jak wśród zdecydowanej większości społeczeństwa, będzie na to przyzwolenie. Chcesz coś zmienić – zacznij od siebie.
sobota, 10 października 2009
Kilka dni temu usłyszałem w radiu hasło, że należy zrewolucjonizować Nagrodę Nobla, uwspółcześnić ją, by na wyróżnienie i uznanie zasługiwali naukowcy w wielu dziedzinach, których za czasów Alfreda Nobla po prostu nie było i nikomu się o nich nie śniło. Tymczasem Fundacja im. Nobla udowadnia nam, że i tak nagroda przeszła duże zmiany, zwłaszcza ta pokojowa. Kiedyś przyznawana była za dokonania. Za realne działania (jak w zaszył roku Martii Astisaari), albo przynajmniej za uświadamianie (jak w 2007 roku Al Gore). Tymczasem w tym roku nagroda została przyznana za…zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Czy to jest sukces na miarę tej nagrody? Podobno dobrze rokuje na przyszłość. Wiadomo też, że nie chce denerwować Chin i chińskiego przemysłu, a także, że nie podjął jeszcze żadnej ważnej decyzji, która miałaby skutek pokojowy dla świata. To ja w takim razie też proszę o przyznanie mi Pokojowej Nagrody Nobla – wyborów co prawda nie wygrałem, ale dobrze rokuję i jeszcze nic ważnego nie zrobiłem, a w sklepie nie odrzucam produktów z najsłynniejszym napisem na świecie „Made in China”.
środa, 07 października 2009
|
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Autor
2. Kontakt
3. Czytam
4. Inne strony warte odwiedzenia
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||