Dziwny to kraj, w którym obowiązującą doktryną jest populizm. Odrzućmy go i zajrzyjmy w głąb naszej polityki.
środa, 16 maja 2012

Przyzwyczailiśmy się niestety do tego, co się dzieje w Sejmie – skandalicznie niski poziom debaty, krzyki, wrzaski, płytkie podjazdy, wychodzenie z sali lidera jednej z największych partii podczas wystąpienia nielubianego członka rządu (i robienie w tym czasie konferencji „co mi się nie podoba w jego wystąpieniu”), bardzo słabe wykonywanie poselskiego mandatu przez członków rządu (uważam, jak Monteskiusz, że władzy ustawodawczej i wykonawczej nie powinno się łączyć), itd. Do tego doszła jeszcze blokada mównicy przez jednego posła, którego potem wynoszono oraz przez cały klub poselski, który miał nawet własne nagłośnienie, czy też protest posła, który stał przy mównicy z wypisanymi na kartce jakimiś hasłami (takie miał przebicie, że nawet nie pamiętam, o co mu chodziło).

Jednak to co wydarzyło się w piątek pod Sejmem nie powinno zostać obojętne, nie powinniśmy przejść nad tym do porządku dziennego, ani z pobłażliwością, bo doszło, nie bójmy się tego słowa, do zamachu na konstytucyjny organ i jego członków w celu wymuszenia określonych działań.

Sejm jest instytucją publiczną, gdzie tworzone jest prawo, a jej członków, czyli posłów chroni immunitet. Możemy, a nawet powinniśmy rozmawiać o ograniczeniu tej ochrony poselskiej, bo wykorzystują go w nieodpowiednich momentach – na drodze łamiąc przepisy, czy w życiu codziennym uciekając od przeproszenia czy zamieszczenia przeproszenia. Jednak pozostaje bezdyskusyjne, że przedstawiciel władzy ustawodawczej musi być chroniony przed wszelkimi naciskami, które mogą wpłynąć na podejmowanie przez niego decyzji w czasie głosowań czy też od działań, które uniemożliwią mu sprawowanie funkcji poselskich.

To co zdarzyło się w piątek do Sejmem właśnie było próbą wpłynięcia na decyzję posłów („bo jak przegłosujecie, to was nie wypuścimy”), a potem próbą zastraszenia i wpłynięcia na zmianę decyzji („to jest tylko próbka, my was chronimy, ale macie do okręcić, bo na pewno już stąd nie wyjdziecie i jeszcze coś się wam stanie”). Do tego doszło jeszcze do bezpośredniego ataku na posłów, którzy chcieli wyjść z Sejmu.

Karalne jest pozbawienie wolności, zastraszanie, naruszenie nietykalności oraz znieważenie każdego z nas, tak samo a może jeszcze bardziej karalne są takie „akcje” wobec posła, a i organy władzy są chronione. To co wydarzyło się w piątek pod Sejmem nie może zostać w żaden sposób zaakceptowane, bo stworzy groźny proceder, który zniszczy zasady demokratycznego państwa prawa. Jakikolwiek nacisk na posłów można sobie wyobrazić tylko w państwach reżimowych, w czasach Rzeczpospolitej Szlacheckiej i Magnackiej czy w państwach, w których takie właśnie rozpoczynają rewolucję. W stabilnych państwach demokracji i prawa takie miejsca nie mają prawa bytu.

Każdy, choć w uzasadnionych przypadkach, ma prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa, prawo do strajku czy demonstracji, ale trzeba to rozróżnić od chuligańskiej rozróby i ataku na konstytucyjne organy. „S” wyrzuciła się w piątek poza wszystko co pozytywne i skazali się na niebyt przy wszelkich przyszłych rozmowach o przyszłości Polski, gospodarki, przedsiębiorczości i pracowników, stracili wszelkie podstawy do używania nazwy „Solidarność”, bo nie mają nic wspólnego z tą prawdziwą „Solidarnością”. A za piątek powinni ponieść karę, na tyle dotkliwą, by wszyscy na przyszłość wiedzieli, że niektórych rzeczy robić nie można.

piątek, 11 maja 2012

W Sejmie głosowania w sprawie przesunięcia wieku emerytalnego o dwa lata. Przeciwko temu są posłowie PiS-u, SLD, SP, a posłowie PSL „nie chcą, ale muszą” popierać, bo się za mocno przyspawali do foteli i nie chcą wylecieć z koalicji. Posłowie tychże partii wmawiają wszystkim w koło, że mężczyzna po ukończeniu 65 lat i kobieta po 60 nie są zdolni już do pracy, należy im się wypoczynek na emeryturze, a podnoszenie wieku to zamach na zdrowie i życie, czy wręcz zbrodnia. Wolno im głosić wiele, tylko niech najpierw popatrzą na siebie. Co w takim razie w Sejmie robią emeryci? Są przecież niezdolni do pracy, a pozbawianie ich wypoczynku to znęcania się.

Józefa Hrynkiewicz, Maciej Łopiński, Gabriela Masłowska, Maria Nowak, Krystyna Pawłowicz, Anna Sobecka, Andrzej Szlachta, Jan Szyszko, Michał Wojtkiewicz i Maria Zuba z PiS, Anna Bańkowska, Tadeusz Iwiński, Krystyna Łybacka, Leszek Miller i Stanisława Prządka z SLD, Edmund Borawski, Stanisław Kalemba, Krystyna Ozga, Mirosław Pawlak, Józef Racki, Franciszek Stefaniuk, Genowefa Tokarska, Józef Zych i Stanisław Żelichowski z PSL. Oni wszyscy są już emerytami i zamiast w Sejmie, powinni cieszyć się emeryturą i wolnością od pracy. Co w takim razie robią w Sejmie? Ano głosują przeciwko wydłużaniu pracy, bo uważają to za niegodne człowieka.

Tak więc drodzy posłowie – na emeryturę marsz! Wasze partie mówią, że przekroczyliście już próg, po którym praca stanowi „emerytalną eutanazję”, a głosowana zmiany was nie obejmą. Na emeryturę! Skoro tak rzucacie się na wydłużenie czasu pracy, to czemu sami „pracujecie”? Tak wam szkoda tych tysięcy co miesiąc?

poniedziałek, 07 maja 2012

Kolejny długi weekend za nami, w tym roku wyjątkowo długi, bo trwający 9 dni, a według zestawienia policyjnego nawet 10 dni. I to te statystyki pokazują, ilu idiotów mamy w tym kraju. Zatrzymano 5201 pijanych uczestników ruchu, a pewnie to mniej, niż połowa wszystkich jeżdżących pod wpływem. I nie ma znaczenia, że ok. połowy z nich to rowerzyści.

W zeszłym roku (weekend majowy trwał od 29 kwietnia do 3 maja) zatrzymano 2268, a w tych samych dniach tego roku 2706. Nie tylko wielu idiotów, ale od zeszłego roku jeszcze ich przybyło.

Nie myślą oni o sobie, o współpasażerach i innych uczestnikach ruchu, nie myślą, bo nie potrafią. Nie przekona ich więcej patroli, nie przekonają ich filmy i zdjęcia z wypadków, nie przekona ich parę stów mandatu i parę punktów, bo nie myślą.

Może w takim razie warto pomyśleć za nich? Od jakiegoś czasu pojawiają się pomysły, aby rekwirować takim pojazdy. Ale po co skarbowi państwa tyle samochodów i rowerów? Co z nimi zrobi? Nic, a jeszcze poniesie koszt trzymania na parkingach czy utylizacji, bo sprzedać uda się kilka procent z nich. Skarbowi państwa zdecydowanie bardziej przyda się gotówka, więc skoro na idiotów nie działa nieuchronność kary, to trzeba w nich uderzyć siłą kary – minimum 5 tysięcy złotych za jazdę pod wpływem i 90% limitu punktów karnych, które jednak znikną dopiero po kilku latach. Dodatkowo można takiego jeszcze zmusić do jazdy z odpowiednią naklejką (skoro nowy kierowca ma, to czemu nie informować o takich idiotach). Może jeśli delikwent będzie musiał szeroko otworzyć portfel (albo odrobić to pracami społecznymi), to jednak zacznie myśleć, bo innego sposobu widać nie ma na nich.

piątek, 04 maja 2012

Letnie Igrzyska Olimpijskie w 2008 roku obyły się w Pekinie, w Chinach, czyli państwie znanym z łamania praw człowieka, wyzysku, ucisku itd., każdy potrafi jakąś negatywną cechę im przypisać. Wyborowi Pekinu towarzyszyły protesty i sprzeciwy, ale nikt nie organizował wielkiej akcji bojkotu. Powód prosty – każde poważne państwo wiedziało, że na bojkocie można wiele stracić, a nic nie zrobią. Bojkotowali swego czasu Igrzyska w Moskwie ze względu na Afganistan i jakoś nic nie wskórali, tzn. żadnej radziecki żołnierz nie wyszedł stamtąd, ani nie przerwano ofensywy.

Chiny nie prowadzą wojny, ale łamią prawa człowieka; mają jednak gospodarcze i finansowe, a pewnie i militarne argumenty (przynajmniej: „bo zaczniemy sprzedawać broń komukolwiek” – jakby już teraz tego nie robili), więc nikt im nie podskoczy.

Ukraina nie ma jednak bogactw, wielkiego przemysłu, surowców itp., jedyne co to coraz mniej ważną rurę z rosyjskim gazem, więc nikt się nie boi o ukraińskie interesy, ani przychylność Kijowa. I dlatego taka „odwaga” pojawia się wśród polityków, aby zbojkotować ukraińską część EURO 2012. Choć chcą również zbojkotować otwarcie, które odbędzie się w Warszawie, czyli nam się dostanie za Ukrainę.

Gdyby Kijów znaczył coś więcej na mapie Europy, to nikt nie wymyślałby żadnego bojkotu. No ewentualnie został przeprowadzony w formie przypięcia pomarańczowej wstążki do marynarki w ramach solidarności z mającą jakieś sińce, ale świetnie wyglądającą Julią Tymoszenko (kosmetyczni po obejrzeniu niedawno opublikowanych zdjęć, mówią że Julia niedawno musiała korzystać z zabiegów pielęgnacyjnych). Co mogą Niemcy stracić na zapowiadanym bojkocie? Odrobinę rynku zbytu, ale jakoś nie specjalnie ważną i zauważalną, choć w perspektywie okaże się, że nawet nie to.

Już bardziej tracą możliwość zwiększenia zbytu, bo sukces EURO i powiew „Europy” mógłby na Ukrainie zwiększyć proeuropejskie i prounijne nastawienie. A tak to wśród Ukraińców pozostanie nastawienie prorosyjskie, może nawet trochę się wzmocni. Tak naprawdę poza Kijowem i może Lwowem nikogo na zachód nie ciągnie. W Berlinie nawet nie będą tym specjalnie zmartwieni, bo z Rosją robią wiele interesów, a powiększenie czy umocnienie rosyjskiej strefy wpływów zostanie na Kremlu dobrze odebrane.

Polska do tego bojkotu nie powinna się przyłączać. Nie trzeba nawet szukać argumentów, bo jest jeden bardzo poważny – przecież Polska współorganizuje te Mistrzostwa! Czy można zbojkotować część własnej imprezy? Czy można zbojkotować partnera? Nie da się, nie możemy tak po prostu powiedzieć, że tam nic i nikogo nie ma. I wszystkie działania bojkotowe ośmieszają tylko Polskę. A ten, kto namawia, by Warszawa przyłączyła się do tego i tak mało poważne akcji, działa tylko i wyłącznie przeciwko Polsce – by nasz kraj nie był poważnie traktowany w Unii, by miał łatkę piątej kolumny. No i Rosja jest wdzięczna, że Polska nie potrafi prowadzić dobrej polityki wschodniej, nie ciągnie sąsiadów ku zachodowi, Kreml jest wdzięczny wszystkim, którzy podejmują się akcji wywrotowych.

środa, 02 maja 2012

Prawie jedenaście lat temu Leszek Miller dumnie wkraczał do Sejmu na czele SLD z poparciem, jakiego nikt w III RP przed nim nie zdobył. Miał wtedy nie tylko czysto wyborcze poparcie, ale również zielone światło do reform. Jednak wszystko podporządkował wejściu do Unii Europejskiej, zapominając o bieżących sprawach i potrzebach. Do tego dołożył kilka rzeczy, których do końca nie dopracował, ani nie zadbał o odpowiedni przekaz (jak likwidacja kas chorych) i jeszcze przyprawił wszystko liberalnymi pomysłami (przebąkiwał coś o podatku liniowym). To wszystko sprawiało, że stawał się coraz mniej popularny, a poparcie tracił jeszcze szybciej. Wydawało się, że zniknął ze sceny pogrążony komisją śledczą, podczas której pierwsze cyrki robił Zbigniew Ziobro (wspierany przez Jana Marię Rokitę). Miało już nie być Leszka Millera. Był już poza SLD – w swojej Polskiej Lewicy i na listach wyborczych Samoobrony.

Tymczasem wrócił, najpierw do partii, potem do Sejmu (choć związany z Łodzią, został rzucony do Gdyni i miał sobie nie poradzić). Potem przyszła pora na powrót do partyjnej władzy – najpierw w klubie sejmowym, a teraz w całej partii. Powiało optymizmem, odnową i Europą jednocześnie, a ironią to już szczególnie.

Sojusz najbardziej wiarygodny i konkretny był, gdy Grzegorz Napieralski startował w wyborach prezydenckich. Wtedy wiedział co i komu chce powiedzieć i kogo przekonać. Nie potrafił jednak tego przełożyć na całą partię i kampania podczas wyborów do Sejmu wyglądała paskudnie i miałko. A jest na scenie politycznej grupa wyborców do zagospodarowania, tylko trzeba im zaproponować konkretne pomysły. Cały czas panuje kryzys, rząd zdaje się mało robić, Rydzyk z Kaczyńskim jątrzą, a kler cały czas próbuje prowadzić ciemnotę w kraju – to naturalne i najlepsze przestrzenie dla lewicy, za jaką chce się uważać SLD. Jednak Leszek Miller nie bardzo to dostrzega, nie ma nic spójnego i konkretnego do zaoferowania. Trochę ponarzekał na wydłużanie wieku emerytalnego, ale sam nic nie ma sensownego. Coś przebąkiwał o zasadzie lat składkowych, a nie wieku – tyle że młody elektorat często pracuje na tzw. umowach śmieciowych, z których składek nie mają, albo nie pracują wcale, więc i nie wypracowują millerowego pułapu lat pracy i ich emerytura jest jeszcze większą fatamorganą przy takich zasadach.

Leszek Miller nie jest atrakcyjny dla młodego i średniego elektoratu, a elektorat starszy może załatwić co najwyżej prezydenturę w małym, zaściankowym mieście, ale nie da się tak uzyskać większego poparcia w wyborach do Sejmu. Można zakładać tylko przekroczenie progu wyborczego, ale to i tak krótka perspektywa, bo elektorat w naturalny sposób się zmniejsza.

Leszek Miller nie jest też wiarygodny dla wyborcy ze względu na tą niedawną przeszłość – brak wierności lewicowym ideałom i mariaże z Samoobroną. Każdy sobie zadaje teraz pytanie: czy znowu czegoś dziwnego nie wymyśli? Póki co zdaje się mówić „jestem lewicowy”, bo nie chce wydłużenia pracy i chce podniesienia podatku dla najbogatszych do 50%, ale dalej nie ma nic do zaoferowania młodym ludziom, więc ci dalej go popierać nie będą. Zresztą Miller już dał wyraz stabilności i jedności: jesienią umawiał się z Januszem Palikotem na wspólno pochód pierwszomajowy – widzieliśmy jak wyglądał pierwszy maja w wykonaniu obydwu liderów i słyszeliśmy też, co niedawno z mównicy sejmowej Miller miał do powiedzenia o Ruchu Palikota, a to nie zachęca.

Przed Millerem ciężka i długa droga, by uchronić SLD przed dalszym upadkiem. To już się wydaje bardzo ciężkim wyzwaniem, które pochłonie go całkowicie i nie zostawi miejsca na walkę o coś więcej, więc dobrzy by było, gdyby nie toczył chociaż wojenek obok siebie i zadbał o pozytywny odbiór partii.

13:45, akwilon_stg , Lewica
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Senator Marek Rocki zasiada w izbie wyższej od 2005 roku, a kojarzymy go tylko z jedną kwestią – wprowadzenia poza debatą poprawki do ustawy o informacji publicznej, która pozwalała tą informację utajnić. To było pod koniec poprzedniej kadencji Senatu. Podniósł się wtedy duży szum raz ze względu na tą możliwość cenzurowania informacji przez rząd oraz ze względu na sposób wprowadzenia tej poprawki: po zakończeniu debaty, prosto do protokołu, tak że większość senatorów dowiedziała się o pomyśle, gdy przyszło przegłosowywać projekt ustawy. Dzięki większości z PO zmiany zostały klepnięte, to samo zrobił Sejm i prezydent podpisał, ale skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o sprawdzenie trybu zgłaszania tej poprawki.

No i TK przyznał rację prezydentowi, znaczy się po części, bo gdyby prezydent Komorowski miałby poważne i głębokie wątpliwości, to skorzystałby z prawa wniosku przed podpisaniem ustawy. Trybunał przyznał rację demokracji, która wymusza jawność działania i dobre chęci, a nie tworzenie prawa w ukryciu.

Trybunał nie mógł się niestety odnieść do sensu tej poprawki, bo takiego wniosku nikt nie złożył, a więc demokracja w pełni nie może czuć się zadowolona, bo wie, że samo prawo trzeba jej pokazywać wystarczająco wcześnie, ale dalej nie wie, czy wolno przed nią chować większe informacje, np. informację o prowadzeniu negocjacji w sprawie ACTA.

Sam senator Rocki nie widzi nadal nic złego w trybie, jakiego użył żeby wprowadzić tą poprawkę. Nie jest on debiutantem czy młokosem w procesie legislacyjnym, wiec nie można zastosować taryfy ulgowej – cóż panie senatorze, to wstyd, że nie widzi pan nic złego w utajnianiu.

Pan senator również uważa, że tą poprawką chciał zrobić wiele dobrego, bo…właśnie otwierał dostęp i bez jego poprawki to rząd dopiero mógłby utajniać wszystko i na zawsze, a dzięki niemu – tylko niektóre sprawy i tylko na chwilę (choć chwili nie potrafił nawet zdefiniować). Bardzo ciekawy punkt widzenia, ale bronić przegranej sprawy też trzeba umieć, a nie dalej się pogrążać.

Zdecydowanie lepiej na tym polu zaprezentowało się Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które skomentowało sprawę, że poprawka „zdaniem wielu obywateli artykuł ów mógł się stać się pretekstem do odmawiania prawa do informacji” i na 14 maja zaprasza na okrągły stół w sprawie informacji publicznej.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Nam też nie jest wszystko jedno!

Jesteśmy grupą blogerów z Bloxa. Nasze blogi prowadzimy już od dłuższego czasu, wkładając w to sporo czasu, pasji i zaangażowania. Gdy zaczynaliśmy blogowanie – pisanie właśnie na tym portalu było powodem do dumy i poczucia przynależności do dbającej o jakość elity blogosfery.
Czuliśmy też, że jesteśmy ważni dla zarządzających portalem gazeta.pl. Blox się rozwijał, zawsze były na nim aktualne informacje, na stronie głównej gazeta.pl codziennie można było znaleźć linki do kilku ciekawych notek z blogów. Nawet więc, gdy czasami zdarzały się awarie serwerów czy błędy w oprogramowaniu – przymykaliśmy na to oczy. Tym bardziej, że kontakt z adminem był na bieżąco i gdy tylko coś się działo, zawsze była reakcja.

A teraz? Od dłuższego czasu czujemy, że jesteśmy zbędni i niepotrzebni. Bloxem nikt zarządza, nie aktualizuje nawet tych funkcjonalności, które już są. Ze strony gazeta.pl zniknęło okienko Bloxowe (a także fora i galeria zdjęć) – dominują za to tytuły i newsy typowe dla tabloidów, a nie dla medium, które kiedyś uchodziło za opiniotwórcze. Napisanie prostej notki, komentarza czy wklejenie zdjęcia coraz częściej staje się poważnym problem technicznym. Pomocy nie ma albo wcale, albo ogranicza się do standardowych formułek typowych dla korporacji.
Świat się zmienia, blogosfera również. Obecnie blogi to w wielu wypadkach naprawdę wartościowe strony, zawierające treść i dyskusje na wysokim poziomie, o wysokim PageRanku. Niestety, czujemy się coraz bardziej intruzami na portalu, zupełnie zbędnym elementem niepasującym do nowej wizji funkcjonowania gazeta.pl. Poziom Plotka góruje – to niestety widać na portalu. Efekt jest widoczny – coraz więcej wartościowych blogerów szuka sobie innego miejsca, kończąc swoje blogowanie na Bloxie.
Tu się kiedyś dobrze pisało….

Papierowa Gazeta Wyborcza reklamuje się od dziś słowami Nam nie jest wszystko jedno.

  Nam też nie jest wszystko jedno

Nam, blogerom z Bloxa, też nie jest wszystko jedno.
To nasze miejsce w sieci i nie chcemy stąd odchodzić. Dlaczego Agora nas odrzuca?

Zachęcam do przyłączania się do akcji. Najlepiej TUTAJ

niedziela, 22 kwietnia 2012

Gdy prawie rok temu chińska firma COVEC „opuszczała” plac budowy autostrady A2, pojawiały się głosy, że cała wina jest po ich stronie, a strona polska, czyli GDDKiA, a de facto rząd, zrobiła wszystko jak należy. Nic bardziej mylnego. Oczywiście Chińczycy trochę się sami załatwili, bo do końca byli świadomi polskich i europejskich realiów pracy. Mieli duże doświadczenie u siebie, w państwach ościennych i w Afryce, ale to zupełnie inne warunki rozmów z podwykonawcami i dostawcami oraz inne metody zadowalania pracowników. Przypuszczałem wtedy, że mogło dojść do swoistej zmowy cenowej polskich partnerów (dostawców i podwykonawców), aby pokazać, że „Chińczyk jest gorszy od Polaka”, jednak to co teraz się dzieje obala tą tezę. COVEC mimo wszystko chciał zrobić tą inwestycją, bo miała być to dla niego przepustka do Europy.

To jednak nasza władza „dała ciała”. Robiąc poprzednio przetarg na wybudowanie oczywiście wybrali ofertę najtańszą. Nieważne są możliwości realizacji zadania, doświadczenie, rzetelność itd., liczy się kto weźmie najmniej, a nie czy i jak sobie poradzi. Efekt widzieliśmy.

Jednak teraz jest jeszcze gorzej, bo druga firma nie jest w stanie dokończyć  budowy autostrady. Tym razem jest to polska firma. A minister Nowak mówił, że firma jest sprawdzona i na bieżąco monitorowana. Jednak historia lubi się powtarzać, a może nawet bardziej, bo DSS nie tylko nie może dokończyć inwestycji, ale wręcz zbankrutował, mając prawie miliard złotych różnych zobowiązań. No i gdzie to monitorowanie? Gdzie to sprawdzanie? Nigdzie, minister nas bujał. Wybrano znowu najtańszą ofertę, gdzie znowu nie liczyły się inne czynniki. Tylko pytanie, jak oni wybrali DSS, skoro w przetargu trzeba pewne gwarancje finansowe przedstawić? W sumie to nie można mieć pretensji za wybór tej firmy, bo takie mamy „fajne” przepisy, że państwowe czy samorządowe podmioty muszą decydować się na wybór tańszego oferenta, niekoniecznie lepszego. A jak pokazują przypadki z A2 – na pewno niedobrego. I jak długo nie zostaną zmienione przepisy, które pozwolą wybrać wykonawcę lepszego, mającego doświadczenie i referencje za rzetelność, czasowość i brak poprawek, tak długo będą takie przypadki jak te z COVEC-iem i DSS.

Można mieć za to indywidualne pretensje do ministra Sławomira Nowaka. Skoro mówi, że dolnośląska firma została sprawdzona i jej kondycja jest stale monitorowana, to oczekujemy że tak jest, a słowo ministra powinno być swoistym gwarantem. Nic z tego, słowa ministra okazały się mało warte i nijak nie miały się do rzeczywistości.

A to nie jedyny problem z polskimi autostradami. Tego roczna zima przyniosła problem pęknięć, których szczególnie dużo było na…A2. Powodu pęknięć znowu można szukać po stronie GDDKiA: przepisy przetargowe nie przewidywały, że w Polsce występują duże mrozy. Jeszcze rok temu mróz poprzedziły śnieżyce i place budowy miały otulinę, teraz mróz ścinał wszystko i ukazał brak należytego profesjonalizmu przy pisaniu przetargu. To co sprawdza się we Francji, nie ma szans, aby dobrze sprawowało się u nas.

I jak tak dalej pójdzie, to drogi na zachód od Warszawy staną się niejako symbolem polskiej myśli drogowej – do stolicy nie można się dostać autostradą, a mało tego: z Wrocławia to łatwiej dojechać do Berlina, Cottbus, Drezna, Ostrawy czy Pragi, a nie do naszej stolicy. A EURO już za chwilę i kibice Grecji i Rosji będą mogli sporo powiedzieć o przemieszczaniu się między Warszawą a Wrocławiem.

11:05, akwilon_stg , PO
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012

Na Stadionie Narodowym w Warszawie przed Mistrzostwami Europy miały zostać rozegrane dwa duże mecze piłkarskie, aby w ten sposób sprawdzić, czy wszystko funkcjonuje poprawie. Miał być rozegrany mecz o Superpuchar Polski, ale ze względu na nieumiejętność ukończenia prac w i tak ciągle przekładanych terminach, musiał zostać odwołany. Miał być rozegrany mecz finałowy o Puchar Polski, ale nie było zgody – mówi się o zakazie ze strony rządu, bo premier nie chce, aby okazało się, że coś jest nie tak. Rozegrany został tylko mecz towarzyski polskiej reprezentacji z Portugalią, robiony trochę prowizorycznie i mimo niedoróbek. Przy okazji okazało się, że prowadzenie ruchu kibiców dwoma bramami jest bardzo ryzykowne i niebezpieczne (szczęśliwie nic się nie stało, ale po fakcie okazało się, że parę razy było gorąco).

By spełnić warunek tych dwóch rozegranych spotkań, Narodowe Centrum Sportu wpadło na pomysł, że rozegra towarzyski mecz „jednej z dobrych polskich drużyn z silnym rywalem z zagranicy”, po chwili sprecyzowano, że będzie to Legia Warszawa. Wybór z grona „dobrych” prawidłowy, bo Legia na miejscu, a i kibiców ma więcej niż Polonia, więc była szansa, że ktoś przyjdzie. Potem dobrano warszawiakom hiszpańską Sevillę, która jest trochę tłem samej siebie z połowy poprzedniego wieku, a nawet tej sprzed kilku lat, ale ciągle solidna.

Wydawało się, że będzie świetna promocja i fajny mecz, zwłaszcza że organizatorzy do ostatniej chwili zapowiadali występ najsilniejszych jedenastek. Tyle że nie było na to szans, bo dzień przed warszawskich meczem drużyna z Andaluzji grała mecz ligowy i już było pewne, że trener oszczędzi niektórym w ogóle lotu do Polski, a niektórych wystawi na chwilę. Do tego dochodzi plaga kontuzji w Sevilli, ale to siła wyższa. Również trener Legii zapowiedział, że da wolne niektórym zawodnikom i na pewno nie wystawi rekonwalescentów. W sumie zobaczyliśmy takich zawodników (pogrubioną czcionką ilość występów zawodników w pierwszej drużynie we wszystkich możliwych rozgrywkach, a liczby przy nazwie zespołów, to łączna liczba oficjalnych spotkań w tym sezonie):

Legia Warszawa 44: Jakub Szumski 0 (85, Konrad Jałocha 0) - Jakub Rzeźniczak 25 (74, Albert Bruce 0), Artur Jędrzejczyk 37 (46, Iñaki Astiz 13), Dickson Choto 10 (67, Mateusz Cichocki 0), Tomasz Kiełbowicz 8 - Nacho Novo 12 (67, Michał Efir 0), Janusz Gol 40 (46, Ivica Vrdoljak 36), Daniel Łukasik 5, Dominik Furman 1 (46, Miroslav Radović 37), Bartosz Żurek 1 - Ismael Blanco 8.

Sevilla FC 39: Javi Varas 25 (46, Julián Cuesta 0) - José Manuel Morales 0 (46, Pichu Atienza 0), Cala 3, Deivid 1, Fernando Navarro 34 (32, Samu 0) - Tom de Mul 0, José Campaña 17 (64, Alberto Moreno 28), Ivan Rakitić 35 (64, Jozabed Sánchez 0), Piotr Trochowski 36 (32, Salva Rivas 0), Baba Diawara 8 (64, Hiroshi Ibusuki 1) - Álvaro Negredo 32 (32, Luis Alberto 4).

Jak widać paru podstawowych zawodników pojawiło się na boisku, ale specjalnie się nie nagrali. I przynajmniej śmiesznie wygląda przy tym reklamowanie przez NCS tego meczu jako ważnego spotkania i konfrontacji gwiazd zespołu. Można było sobie podarować tak nieprawdziwą reklamę i z premedytacją nieprawdziwie podawaną. Kibice nie dali się nabrać i niespecjalnie zainteresowali się zobaczeniem rezerw obydwu zespołów

Do tego dochodzi wielka chęć zarobienia na tym spotkaniu, co dodatkowo odstraszyło kibiców. Bilety od 45 do 450 złotych to kolejne działanie antypromocyjne. Potem cena części wejściówek została obniżona do 25 złotych, ale dostępne one były tylko dla posiadania karty kibica Legii. Prawdopodobnie to praktycznie jedyne bilety, jakie zostały sprzedane, bo mecz obejrzało 5 tysięcy osób (przy pojemności 57 tysięcy). Brzmi niepoważnie. I gdy się spojrzy na taką liczbę, to od razu nasuwa się myśl, że całość to klapa, bo taka garstka kibiców nie pozwoliła sprawdzić działania systemów i służb bezpieczeństwa.

Owszem klapa, bo mimo takiej garstki, NSC poległ. Kibice wnieśli zabronione środki pirotechniczne i dodatkowo przemieszczali się po trybunach (nie tylko kilka miejsc w lewo czy prawo, ale wręcz na drugą stronę stadionu). Lepiej nie myśleć jak bardzo NSC nie poradziłby sobie, gdyby pojawiło się chociaż tyle osób ile przychodzi na mecze ligowe Legii.

Na koniec jeszcze trzy działania „promocyjne”. Po pierwsze murawa – w lutym obwiałem się, że te rolki zmrożonej trawy rozwijane w niskich temperaturach nie wytrzyma meczu reprezentacji. Na szczęście dała radę, a NSC twierdził, że wytrzyma EURO – nic z tego, choć nikt z niej nie korzystał przez te 1,5 miesiące to już wygląda słabo i na EURO się nie nadaje. Po drugie – dach: na zimę na dało się go rozwinąć, wiosną przykrywa obiekt. Po trzecie – na stronie internetowej Stadionu cały czas największą czcionką wisi dopiero zapowiedź meczu i to sprzed dnia meczu.

Cóż, nie dość, że stadion bardzo opóźniony, nie dość, że niedorobiony (ostatnio robili jeszcze przetarg na dokończenie miejsc i systemów potrzebnych do pracy dziennikarzy, ale zakończenie prac ma być już w czasie, gdy obiekt będzie w wyłącznej gestii UEFY – ciekawe jak NSC wyobraża sobie dokończenie prac i ich odbiór?), z masą amatorki i niedziałającymi systemami bezpieczeństwa, to jeszcze podejmowane są tak wielkie działania, które pokazują brak umiejętności i złe chęci Narodowego Centrum Sportu.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Od dawna mówi się o konieczności zmiany zasad finansowania partii politycznych, ale przez lata jedyne co zostało zmienione, to czasowe ograniczenie o połowę dotacji z budżetu państwa. Argumentowano to kryzysem, ale to czasowe rozwiązanie, więc i czasowe zlikwidowanie problemu, a patrząc na pomysły rządu i dopisywanie „poprawek” do reform, światowe wyjście z kryzysu wcale nie poprawi kondycji naszego budżetu. Co jakiś czas pojawiają się głosy o konieczności dalszych zmian, duży krok zrobił Janusz Palikot, który od słów do przeszedł do czynów i złożył projekt ustawy, który przesuwał finansowanie partii z budżetu państwa na podatnika (dobrowolne odpisy, takie same jak w przypadku organizacji pożytku publicznego)…ale projekt przepadł już w pierwszym czytaniu.

Może i ten projekt był niedopracowany, a w zasadzie – nie może, ale był niedopracowany, ale odrzucony został ze strachu. Ze strachu, że niektórzy zderzą się z wizją pustej kasy, bo o ile teraz raz na cztery lata muszą się przypodobać wyborcom i po przekroczeniu odpowiedniego progu otrzymują zwroty za tą akcję podlizywania się (zwaną kampanią wyborczą) oraz dotacje przez całą kadencję Sejmu. Po zmianach musieliby walczyć o poparcia co roku, ze szczególnym uwzględnieniem okresu od grudnia do kwietnia. Przy czym doraźne, podatkowe poparcie nie musi być równoznaczne z poparciem wyborczym, bo można np. co roku dotować partię, która według nas zrobiła najwięcej, a potem wybrać jedną podczas wyborów. Można też dotować małą partię lokalną, aktywną tylko w samorządzie, a w skali kraju popierać kogoś innego, albo też być wyborcom dużej partii, która ma sporo pieniędzy, a w ramach zapewnienia pluralizmu – przekazać pieniądze dla mniejszej partii. Rozwiązań jest wiele, co prawda większość tych, którzy zdecydują się na taki odpis będzie co roku przekazywała na tą samą partię i na tą samą głosowała w każdych wyborach, często bezrefleksyjnie, ale nie należy tego brać jako oczywistej wykładni.

Oczywiście w toku pierwszego czytania padł zarzut, że teraz urzędnik skarbowy będzie wiedział, jakie mamy preferencje, a przecież „głosowanie jest tajne” – zarzut wygłoszony przez Beatę Kempę, co nie dziwi, bo popieranie PiS-u jest niemodne, a jego nowej wersji-przybudówki jeszcze bardziej. Ale odpis nie jest głosowaniem, więc tajność głosowania nie zostaje naruszona; można dyskutować co najwyżej w przypadku, gdyby ktoś złożył PIT-a w czasie ciszy wyborczej.

To czytanie zgromadziło na sali wielu, gdzie podczas pierwszych dwóch czytań zazwyczaj siedzą tylko posłowie wyznaczeni i ci samoistnie zainteresowani tematem. Tym razem były prawie wszyscy liderzy partii (zabrakło Waldemara Pawlaka), był nawet sam premier, a w sumie 433 posłów. Tak więc teraz miejmy świadomość, co dla partii jest ważne – ich własna kasa. Za dalszą pracą nad projektem co oczywiste był Ruch Palikota…i tylko on, bo ośmiu posłów PO nie ma co liczyć, reszta w zdecydowanej większości wstrzymała się od głosu, czyli była „biernie przeciw”, bo pozostałe partie głosowały za odrzuceniem.

Wynik nie dziwi, bo popieranie PiS-u i jego klonów oraz przybudówek, jak już padło – jest niemodne, a dodatkowo wszystkie partie boją się, że nic nie dostaną, bo nie mają najmniejszej ochoty zabiegać ciągle o poparcie, a tego poparcia nie da się załatwić świńską demonstracją pod Pałacem Prezydenckim, czy innymi pustymi w czyny, a pełnymi w populizm pokazami, tutaj liczyłaby się praca, realizacja polityki prospołecznej (albo chociaż dobre chęci wyrażone projektami ustaw, bo wiadomo, że opozycja nie może w pełni realizować swojej polityki), uświadamianie, działanie na rzecz wzrostu świadomości, obrona ideałów i wartości itd., czyli wszystko czego w gmachu przy Wiejskiej nie widać.

Osobiście żałuję odrzucenia, bo jestem zwolennikiem takiego sposobu finansowania partii, ale wiem, że ten projekt wymagał poprawek. Co najważniejsze – trzeba wprowadzić mechanizmy, które uniemożliwią lobbystyczne dofinansowanie partii na jakimkolwiek etapie otrzymywania pieniędzy. Przy czym takie rozwiązania są bardzo pożądane, nawet przy utrzymaniu obecnych zasad finansowania partii.

Można się zastanowić, czy to musi być właśnie jeden procent, bo mówimy wtedy o kwotach kilkukrotnie większych, niż obecnie. W przypadku Kościoła mówi się przecież o wartości 0,3% podatku, tutaj też może być mniej niż jeden, dużo mniej. Jest jeszcze kwestia, jak duży będzie odzew podatników, więc na początek można zrobić jeszcze mniejszy odpis i równocześnie dać pewną część obecnie otrzymywanych pieniędzy z budżetu państwa, poobserwować dwa lata i potem jeśli wszystko wypali, to zwiększać odpis i zmniejszać dotacje. Przy czym partie powinny same w swoim zakresie opłacać wszelkich prawników, analityków itp., a nawet pożądane byłoby prowadzenie stałej pracy analityczno-dydaktycznej, czego pozytywnym skutkiem byłoby zwiększenie świadomości społecznej – takie małe życzenie.

Pozostaje czekać, czy uda się komuś ponownie zgłosić projekt ustawy, tym razem bardziej dopracowany i przekonać przestraszone partie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53

Blogi Polityczne